Dawno tutaj nie zaglądałam, ale starałam się przez ten czas (w tym czas sesji!) jakieś filmy oglądać. A recenzja dłuższa i bardziej konkretna będzie na dniach, bo właśnie ją piszę dla kulturalnie.waw.pl;)
Niestety przez sesję nie dane było mi oglądać filmy w kinie - jedyną opcją, która wchodziła w grę, to był film na komputerze w przerwie między nauką, nauką-pracą, pracą-pracą, bądź czymś w/w i snem. Ale liczę, że zobaczę w końcu m.ni. „Łowcę głów”:P
Po pierwsze, wreszcie zobaczyłam „Karmel”. Film co prawda nie jest tak dobry jak ”Dokąd teraz?”, ale na pewno jest niezły. Przede wszystkim powala mnie (ach ta Nadine Labaki!) kobiece ciepło płynące z tego filmu, jak również normalne przedstawienie kobiecych problemów – co ważne nie w sposób patetyczny lub dramatyczny, jak w większości filmów. Urzeka mnie też tytuł i fakt, skąd taki tytuł się wziął.
Summa summarum – ciekawe, ciepłe, akurat na letnie popołudnie. Niestety filmowi brak tego, co miało w sobie „Dokąd teraz?”, czyli brak harmonijnej równowagi wszystkich składników (tzw. „złoty środek”). Mogłabym się jeszcze przyczepić względnie małej ilości humoru, ale to nie jest akurat warunek „życia i śmierci” filmu, dla mnie było by lepiej z humorem, pewnie dla wielu jest lepiej w takiej postaci;)
Po drugie, wreszcie udało mi się zobaczyć „Przekleństwa niewinności” Sophie Coppoli (piszę „wreszcie”, bo kiedyś fragmenty filmu/cały film oglądałam, ale nie pamiętałam fabuły, więc tak jakby filmu nie widziała:P więc chciałam bardzo zobaczyć film jeszcze raz i już zapamiętać). Filmy Coppoli uwielbiam za wakacyjno-beztroskie zdjęcia. W związku z tym każdy jej film, o czym by nie opowiadał, jest już dobry. Nie widziałam jeszcze „Marii Antoniny”, ale może kiedyś się zmuszę, chociaż ze względu na reżyserkę i aktorów, bo tematyka jest wyjątkowo nie moja;)
„Przekleństwa…” mają magiczną moc, oglądając je przeniosłam się w inny świat. Było to niezwykłe przeżycie uwzględniając emocji jakie w nas wyzwala większość współczesnych filmów. Cudowna jest muzyka! To ona i zdjęcia „pod słońce” tworzą tę aurę niezwykłości, tajemniczości, wakacji. Film wydaje się nieco nijaki w sferze fabuły – nie odpowiada na żadne pytania. Nie można spojrzeć na niego, jak na film poruszający ważne tematy społeczne, na film będący głosem młodego pokolenia, przykład kina zaangażowanego etc etc. Film jest ładny i to jest jego cała siła. Dodać jednak należy, że postawienie wielu pytań i brak odpowiedzi jest ciekawym zabiegiem – czujemy się przez cały film jak chłopcy podglądający siostry, jak grupka oczarowanych siostrami Lisbon. Chłopcy również tylko obserwują, ale nie znają tych najważniejszych odpowiedzi….Dzięki temu możemy odbierać film z zupełnie innej perspektywy.
I piosenka AIR – koniecznie<3
Trzeci film (a wszystkie obejrzane w tym tygodniu), to „Dziewczyna z tatuażem” w reżyserii Davida Fischera. Czytałam książkę (choć w momencie, kiedy już nie była taka modna), nie widziałam ekranizacji skandynawskiej. Nawet tej amerykańskiej ekranizacji nie chciałam oglądać, ale w niektóre dni człowiek nie ma ochoty na Viscontiego czy Antonioniego, więc „przypadkiem” włączyłam. Film jest dla mnie czymś genialnym w swoim gatunku. Mimo, że czytałam książkę i wiedziałam, co cię wydarzy, „kto jest mordercą”, to nadal przednio się bawiłam. Akcja, świetni aktorzy, piękna Skandynawia. W filmie było wszystko i znowu (jak u Nadin) w idealnych proporcjach. Zachwyt! Film trwa ok. 3 godzin, ale nie nuży. Nie będę się rozpisywać nad konkretnymi scenami. Film rewelacyjnie zrobiony – pod KAŻDYM względem. Ma z miejsca 10/10;)
Recenzja ze „Słodkich snów” na dniach. Resztę filmów, które niedawno oglądałam też jakoś zrecenzuję w 3-4 zdaniach, bo chciałabym, żeby ten blog odżył. A jak już się uporam z dziekanatami i innymi przykładami bzdurnej administracji, to będą recenzje dłuższe – nowości lub moich najulubieńszych filmów;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz