piątek, 9 sierpnia 2013

"Koneser" idealny film na letni wieczór.

                Na film wybrałam się spontanicznie. Przechodząc al. Niepodległości zapragnęłam odwiedzić dawno nieodwiedzany Iluzjon (zwłaszcza, że jest już po remoncie). O godzinie 20.00, czyli w przeciągu kwadransu od mojego przybycia, miał być wyświetlany "Koneser". Nie mogłam się oprzeć pokusie zobaczenia filmu - o tej godzinie, w tym miejscu, tego dnia.
                W pierwszych scenach widzimy bezdusznego Virgila Oldmana. Jego świat jest idealny, pełen bogactwa i dostatku. Materialnego, oczywiście. Virgil nie wykazuje ludzkich odruchów, wydaje się, że nie potrafi czuć. Najwięcej emocji ujawnia zwyczajnie patrząc się na wybitne obrazy. Problem pojawia się, gdy nasz bohater przez przypadek poznaje młodą kobietę. Łączy ich odmienność i nieprzystosowanie do realnego świata. Oboje nie potrafią żyć w społeczeństwie, w głębszej relacji z kimkolwiek. Tak wiele ich dzieli, ale jeszcze więcej łączy.
 Mam w Polsce powiedzonko: Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Tutaj kobieta też przynosi więcej złego niż dobrego...



                Fabuła fabułą - wg mnie jest ciekawa mimo, że momentami melodramatyczna. Wciągnęłam się w "piękną" historię pomimo scen (w zamyśle) wyciskających łzy. Jednak sama fabuła (oryginalna i przewrotna) nie jest najmocniejszym punktem.
                Film Giuseppe Tornatore'ego jest po prostu ładny. Miły dla oka (zdjęcia, obrazy wielkich malarzy, idealnie skrojone garnitury...) i miły dla ucha (ach ta muzyka! ach ten angielski!). Film jest szalenie elegancki i powolnie szybki. Niby coś ważnego i ekspresyjnego dzieje się na ekranie, ale jakoś tak dziwnie, wolniej, z klasą. Ma to swój niewątpliwy urok.
                Historię kupuję w 100%. Daję się nabrać tam gdzie trzeba, wzruszam się tam, gdzie powinnam. Patrząc na obrazy w myślach recytuję nazwiska twórców. Jeżeli nie znam malarza jakiegoś obrazu, to w myślach robię zdjęcie dziela, żeby móc swoją niewiedzę uzupełnić po powrocie do domu. Żyję tym filmem, na 2 godziny zanurzam się w tym świecie.
                Sam fakt, że po tak długiej przerwie w pisaniu recenzji, piszę TĘ, na kolanie, w autobusie. Przez 30 minut powrotu do domu nieustannie myślę o "Koneserze". Analizuję, rozkładam na części pierwsze. Do domu wracam wypruta z emocji. Już to powinno być prawdziwą rekomendacją.


                Piękny, subtelny i zaskakujący - film idealny na letni wieczór. Choć z czystego serca radzę zbyt wiele recenzji na temat "Konesera" nie czytać. Poszłam na film w zasadzie nic o nim nie wiedząc (oprócz orientacji w obsadzie) i byłam zachwycona. Polecam i zachęcam, żeby pójść. Każda dodatkowa informacja, detal, uwaga czyjaś na temat filmu może popsuć niespodziankę:)


Panna Anna

wtorek, 13 listopada 2012

Kochankowie z księżyca (Moonrise Kingdom)

Do WFF-u powrócę i recenzje się pojawią. Tym czasem nowa recenzja, nowego filmu. "Kochankowie z księżyca" powinni się pojawić niedługo w kinach, więc już teraz gorąco zachęcam. A czemu film polecam, można przeczytać niżej lub na stronie www.kulturalnie.waw.pl (moja recenzja: klik!).

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

On – skaut-dezerter nie rozstający się ze swoją futrzaną czapką i mundurem; mistrz biwakowania, który porzuca swoją drużynę dla Niej; 

Ona – milcząca i posągowa piękność, wyglądająca jak Bonnie z „Bonnie i Clyde”, zawsze z lornetką wiszącą u szyi i walizką pełną książek fantasy ukradzionych z biblioteki miejskiej;

Oni – zakochani outsiderzy, niepokorni dwunastolatkowie (!), którzy uciekają w nieznane, by móc się rozkoszować swoim nastoletnim uczuciem z dala od rodziców i opiekunów;

Rodzice … – para artystycznych prawników borykająca się z kryzysem małżeńskim (Bill Murray i Frances McDormand);

… i Opiekunowie - policjant tutejszego jednoosobowego posterunku (Bruce Willis) oraz niezdarny komendant obozu skautów (cudowny Edward Norton).

Wszystkie wspomniane przeze mnie postacie są na tyle groteskowe i interesujące (przez bycie najzwyczajniejszymi ze zwyczajnych), że film nawet bez fabuły byłby niezły. Ale jeżeli do tego wszystkiego dołożymy jakieś perypetie bohaterów, oczywiście perypetie nietuzinkowe (ale jednocześnie banalne), to film staje się coraz lepszy. Jednak ten film ma coś jeszcze. Na tym smacznym torcie, pojawia się przysłowiowa wisienka!

Wes Anderson (reżyser) w swoim filmie zawarł mnóstwo „smaczków” – zarówno słownych (niektóre dialogi należałoby spisywać), jak i wizualnych (początkowa scena, gdy miejscowy naukowiec przedstawia nam wyspę). Film tym samym jest najczystszą rozrywką - taką na najwyższym poziomie.

„Kochankowie…” nie są co prawda moim filmem życia, ani nawet roku, jednak jestem nimi prawdziwie oczarowana. Wes Anderson w swym dorobku filmowym ma m.in. „Genialny Klan”, który tak samo jak „Kochankowie…” jest filmem ciepłym, sympatycznym, trochę ironiczno-prześmiewczym oraz tak lekkim i uroczym, że grzechem byłoby go nie zobaczyć. Tym bardziej, że subtelny humor „Kochanków…” idealnie zneutralizuje naszą jesienno-zimową chandrę, która będzie nas nękać przez najbliższe miesiące.


czwartek, 25 października 2012

Warszawski Festiwal Filmowych - parę słów o... (cz.1)

Niestety podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego kursowałam tylko na trasach: dom – praca, praca – WFF, WFF – dom. Dzień w dzień tak samo. Tym samym mimo OGROMNYCH chęci organizm się buntował i przy każdej mojej próbie zrecenzowania festiwalowego filmu zasypiałam:)

Teraz krótkie podsumowanie, a z dnia na dzień kolejne recenzje! A jako, że w piątek wyjeżdżam znowu do Berlina, to będą nowe wpisy, nowe zdjęcia etc na moim blogu podróżniczym :p



Warszawski Festiwal Filmowy – moje odkrycia, porażki i miłe dla oka zapychacze czasu:


1. „Z zawiązanymi oczami” (The Blindfold, reż. Garin Nugroho, Indonezja 2012)

Dobre dla lubicieli takich tematów. Historia młodych kobiet, które niespodziewanie znikają. Okazuje się, że studentki zawiedzione okrutnym światem, głodem, biedą i niesprawiedliwością przyłączają się do terrorystycznej organizacji o nazwie „Indonezyjskie Państwo Islamskie”. „IPI” miałoby być konkurentem, lepszą alternatywą dla obecnej Indonezji. Film ma trochę niedomówień i parę scen od których wieje lekkim niepokojem, dzięki czemu można ten film trochę „poczuć”. Mimo wszystko produkcja wydaje się nieco płytka i powierzchowna, ponieważ pokazuje tylko to, że organizacje a la sekty mogą przyciągać młodych zagubionych idealistów. Temat ciekawy, realizacja słaba.

2. „Jedź, śpij, umieraj” (Eat, Sleep, Die, reż. Gabriela Pichler, Szwecja 2012)

Film jest szwedzki i już z tego powodu warto na niego pójść:p Kino skandynawskie jest wyjątkowo bliskie memu sercu, jednak ten film miał w sobie dodatkowe „coś”. Tym czymś jest tematyka i przedstawienie pewnego problemu, niezbyt chętnie i niezbyt często poruszanego w filmach z północy. „Jedź, śpij, umieraj” opowiada historię dziewczyny pochodzącej z Bałkanów, jednak wychowaną od najmłodszy lat w Szwecji. Niby jest obca, niby jest imigrantką, ale z drugiej strony jest prawdziwą Szwedką. Czy jednak jest tak traktowana przez wszystkich? Dziewczyna mieszka z chorym ojcem, w związku z czym to ona zarabia. Co by się stało gdyby straciła pracę?
Mimo, że widzimy raczej przykry obrazek biedy, brzydoty i problemów, to film ma w sobie pewne ciepło, może trochę dziewczęcej naiwności, a na pewno ma w sobie energię, humor i pozytywne nastawienie. Jak banalnie by to nie zabrzmiało, naprawdę ten film jest piękny przez swoją brzydotę.



Film mi się podobał, ale nie jest to mój festiwalowy faworyt:P  


3. „Tam gdzie płonie ogień” (Where The Fire Burns, reż. Ismail Güneş, Turcja 2012)

Malowniczy i bardzo poetycki film, przedstawiający problem zabójstw honorowych w wyjątkowy sposób, bo przez pryzmat relacji ojciec – córka. Podczas podróży bohaterów (tak, tak! Mamy do czynienia z filmem drogi!) widzimy jak ojciec męczy się z powinnością zabicia się swojej nastoletniej córki. Drobne zdania i gesty pokazują, że bohaterów łączy szczególna więź, której nie należałoby niszczyć z powodu okrutnej tradycji.



Film dostaje ogromnego plusa za obrazy i muzykę. Miłe dla oka, serca i umysłu, ale nie zmieni to naszego życia, nie oświeci, nie uwrażliwi, nie poruszy. Film, który można z ciekawości zobaczyć raz w życiu i więcej do niego nie wracać.  A! I pięknie się kończy!

4. „Miasteczko Villegas” (Villegas, reż.Gonzalo Tobal, Argentyna, Holandia, Francja 2012)

Dwóch kuzynów spotyka się po latach, by razem pojechać na pogrzebu dziadka. Między bohaterami była kiedyś wielka przyjaźń, jednak z biegiem lat kuzyni wybrali skrajnie różne drogi. W momencie, kiedy dojeżdżają do Villegas, czyli do rodzinnego miasteczka, gdzie rodzinny pogrzeb ma miejsce, na dwie doby zapominają o swoim „normalnym” życiu. Potrafią się zachowywać inaczej, ale w tak naturalny sposób, że możemy założyć, że kiedyś tak wyglądało ich życie, a przeprowadzka do Buenos Aires zmieniła ich nie do poznania. Summa summarum wracają z pogrzebu bardziej wyluzowani, uśmiechnięci, bardziej szczerzy. Wracają jakby oczyszczeni. Widać tym samym piękną przemianę!
Film ma cudowny stary utwór Marleny Dietrich „Where Have All The Flowers Gone?”. Od razu dodam, że utwór ten jest dodatkiem do dość ciekawej sceny w filmie:P





No i mówią po hiszpańsku! Pewnie niektórych już sam fakt przystojnych Argentyńczyków i języka hiszpańskiego przyciągnie do kina. Jednak film nie powala na kolana. Jest niezły, ale na DVD bym nie kupiła.

5. „Daleko nie jest wystarczająco daleko” (Far Out isn’t far enough: The Tomi Ungerer Story, reż. Brad Bernstein, USA 2012)

Jeden z moich festiwalowych faworytów. Świetny film, świetny bohater, świetna historia. Złoty środek, humor, dramat, dziwne historie i wybitny artysta. Film absolutnie cudowny. Powinien być wzorcowym przykładem filmu dokumentalnego o mało znanym artyście. Mimo, że główna postać nie była mi znana, to nie dość, że filmem jestem zachwycona, to dodatkowo po seansie doczytałam dość dużo o bohaterze;)



Napiszę nieco więcej o tym filmie i wrzucę info o bohaterze filmu w oddzielnej notce:P
Film na tyle mi się podobał, że będzie solidny tekst już niedługo.




Na koniec dodam, że to tylko 5 filmów, a w sumie zobaczyłąm ich 18, więc jeszcze posty dwa się pojawią o samym WFF-ie:P

piątek, 28 września 2012

28. Warszawski Festiwal Filmowy

http://www.wff.pl/gallery/28WFF_www_gl.jpg


Moi drodzy! Tak, tak! już za dwa tygodnie zaczyna się 28. Warszawski Festiwal Filmowy!!
Znowu mnóstwo filmów, które warto zobaczyć:P
Recenzje będę zamieszczać regularnie! a tym bardziej, że w tym roku będę wolontariuszką na festiwalu;)

Zapraszam na stronę, by już się rozeznać w filmach, które będzie można obejrzeć:


I przypominam, że od 3.października zaczyna się przedsprzedaż!

Zakochani w Rzymie

Jak co roku na ekranach zagościł nowy film Woody Allena. Tym razem oczami Allena widzimy Rzym, czyli kolejne europejskie miasto, które postarało się o uwiecznienie na klatkach Tego reżysera. Kwestię miejsca akcji filmu, możemy śmiało zostawić obok – niewiele wnosi do rozmowy, a co najwyżej może niektórym podnieść ciśnienie…

Allen tym razem oparł swój pomysł na 4 przeplatających się historiach. Mamy historię zwykłego Rzymianina, który staje się niespodziewanie celebrytą, przygody włoskiego młodego małżeństwa z prowincji, wspomnienia z młodzieńczych lat podstarzałego amerykańskiego architekta i romantyczną historię zakochanych młodych. Wszystkie opowiastki mają w sobie „coś”. Wszystkie bronią się grą aktorską, wszystkie są zabawne i ciekawe. Problem polega na tym, że tego jest za mało. W poprzednich filmach było owych rzeczy i więcej, i w większym natężeniu. Jednak jeżeli ktoś jest fanem Allena – musi zobaczyć, a jak ktoś chce zostać fanem Allena, to powinien zobaczyć. Jeżeli to ci się spodobało, to pokochasz stare filmy neorotycznego okularnika. Jeżeli ten film ci się nie spodobał, to jest duża szansa, że stare ci się spodobają. Jakby nie patrzeć film jest na ekranach, nazwisko Allena znowu się pojawia częściej w rozmowach. A tak naprawdę i tak ten film ani nie zaszkodzi, ani ni pomoże Allenowi w karierze. Co najwyżej będzie reklamą nazwiska i starych filmów.

Allen, niegdyś mistrz bezpruderyjnego humoru i ironicznej riposty, zamienił się w zdziadziałego odtwórcę. To co go ratuje, to fakt, że odtwarza swoje własne pomysły – tyle, że sprzed kilkunastu lat. Świeże i intrygujące historie zamieniły się w odgrzewany obiad. Obiad pyszny, ale odgrzewany zawsze jest gorszy. W filmie pojawia się komentarz nt. bohatera granego przez Allena : „emerytura to dla niego śmierć”. Tak samo jak z Jerrym (granym przez Allena), tak i z samym Allenem się dzieje. Emerytura oznacza śmierć, oznacza koniec. A nuż lepiej jest stworzyć coś słabego, wbrew opinii krytyków i widzów, a z czystego egoizmu – by poczuć, że się żyje.


Dawno nie pisałam, bo więcej energii poświęcam mojemu blogowi podróżniczemu klik!, do tego wakacje (urlop/ zdwojona praca przed i po urlopie:P) ...ale w przeciągu najbliższego miesiąca powinno się tutaj coraz więcej rzeczy pojawić:)

cu!

poniedziałek, 23 lipca 2012

Słodkich snów

Słodkich snów - recenzja z kulturalnie.waw.pl: klik!


(http://1.fwcdn.pl/po/88/65/548865/7468166.3.jpg?l=1340109469000)

wtorek, 17 lipca 2012

2 dni w Nowym Jorku




 http://genkinahito.files.wordpress.com/2012/06/2-days-in-new-york-poster.jpg
 http://genkinahito.files.wordpress.com/2012/06/2-days-in-new-york-poster.jpg

Kochamy Julie Delpy za jej dziewczęcy urok, figlarne spojrzenie i neurotyczny słowotok, w który wpadają bohaterki przez nią grane. „Przed wschodem słońca” i „Przed zachodem słońca” (w drugim filmie Delpy nie tylko grała, ale również współtworzyła scenariusz!) należą do moich ulubionych filmów – mimo że są ckliwe, to są tak romantycznie szczere, że nie potrafię nie oglądać ich przez okres dłuższy niż pół roku. Wcześniej widzieliśmy ją m.in. w „Trzech kolorach” Kieślowskiego. Wydawałoby się, że kariera Julie będzie kwitnąca, zwłaszcza po tym jak już zakończyła przedsięwzięcia w stylu epizodycznej roli w „Ostrym dyżurze”. 
A tu klops.
 http://collider.com/wp-content/uploads/Julie-Delpy-2-Days-in-New-York-image-1.jpg
 http://collider.com/wp-content/uploads/Julie-Delpy-2-Days-in-New-York-image-1.jpg

„2 dni w Paryżu” były naprawdę udane. Delpy napisał scenariusz, wyreżyserowała, zagrała główną rolę i wybrała świetną muzykę. Film był dobry, bo przede wszystkim był świeży. „Inne” poczucie humoru, „inne” ujęcie niektórych spraw (damsko-męskich, amerykańsko – francuskich etc.), „inna” tematyka. Film jakiego nie było! Komedia, ale gorzko-ironiczna. Dzieło na pograniczu kina europejskiego i amerykańskiego. Cud, miód, malina.
Po debiucie reżyserskim przyszedł czas na kolejny film, który nie broni się już tak dobrze, jak poprzednik. „2 dni w Nowym Jorku” można byłoby określić jednym zdaniem: Delpy miała na stworzenie filmu 3 miesiące, miesiące bez weny twórczej, a z podpisanymi już kontraktami. Film nie bawi (przynajmniej mnie), ponieważ dialogi (na pozór śmieszne) są sztampowe. Brak polotu widzimy w najprostszych scenach. Film się dłuży i męczy. Przytłacza nudą, przewidywalnością i (o zgrozo!) również pretensjonalnością – motyw „duszy”.
Fabuła (o której zaraz w skrócie napiszę) nie jest zła, ale film jako całość jest miałki i wybrakowany. Pragnę jeszcze dodać, że boli mnie ten film w głębi duszy - w sposób niewyobrażalny. Uwielbiam Delpy jako aktorkę, jako scenarzystkę, jako reżyserkę. „2 dni w Paryżu” znam niemalże na pamięć. Tym samym zawód jaki mnie spotkał w kinie jest nie do opisania. Może to wypalenie zawodowe Delpy? Tylko po co robić film, jeżeli nie mamy na niego pomysłu?



 http://www.aceshowbiz.com/images/still/two-days-in-new-york01.jpg

 http://www.aceshowbiz.com/images/still/two-days-in-new-york01.jpg


Fabuła:
Marion (główna bohaterka z „2 dni w Paryżu”) rozstała się ze swoim poprzednim partnerem Jackiem, jednak owocem ich długoletniego związku jest syn, którym Marion się zajmuje. Jednak nie wychowuje dziecka samotnie. Oczywiście miejsce Jacka zastąpił nowy mężczyzna, tym razem czarnoskóry Mingusem. Ona jest nadal jest fotografem, on znanym prezenterem radiowym. Ona się denerwuje zbliżającą się wystawą własnych zdjęć (gdzie notabene ma sprzedać także własną duszę), on wariuje przez jej rodzinę, która koniecznie musiała przyjechać na nadchodzący wernisaż. Do tego należy dodać postać Manu (obecnego partnera siostry Marion, a swego czasu chłopaka samej Marion), palenie marihuany przez nieznających się „na rzeczy” francuzów, nimfomańskie zapędy siostry Marion i standardowe (nieco przerysowane) napady neurozy głównej bohaterki. Wszystko okraszone słabymi dialogami, żenującym humorem i na szczęście cudownym ojcem Marion (ale także w życiu prywatnym Delpy). Chyba tylko postać grana przez Alberta Delpy minimalnie ratuje film – na tyle, że widz mimo wszystko zostaje w kinie aż do napisów końcowych.
 https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhAhilF-D5y79gw0wMWYehmFajLKHUJMiehgtqkNat4UesKqxgoNqVQef-2rcpICVL2DDM5qPylrmKFhyphenhyphenyKYeu8suWGVchTe_ooGYZOPIXq6izG9hpeptYH9RyM6niukFn2Mn0K5PExXNg/s1600/2+Days+in+New+York+Movie+Stills+(7).jpg
 https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhAhilF-D5y79gw0wMWYehmFajLKHUJMiehgtqkNat4UesKqxgoNqVQef-2rcpICVL2DDM5qPylrmKFhyphenhyphenyKYeu8suWGVchTe_ooGYZOPIXq6izG9hpeptYH9RyM6niukFn2Mn0K5PExXNg/s1600/2+Days+in+New+York+Movie+Stills+%287%29.jpg



Panna Anna