Teraz krótkie podsumowanie, a z dnia na dzień kolejne recenzje! A jako, że w piątek wyjeżdżam znowu do Berlina, to będą nowe wpisy, nowe zdjęcia etc na moim blogu podróżniczym :p
Warszawski Festiwal Filmowy – moje odkrycia, porażki i miłe dla oka zapychacze czasu:
1. „Z zawiązanymi oczami” (The Blindfold, reż. Garin Nugroho, Indonezja 2012)
Dobre dla lubicieli takich tematów. Historia młodych kobiet, które niespodziewanie znikają. Okazuje się, że studentki zawiedzione okrutnym światem, głodem, biedą i niesprawiedliwością przyłączają się do terrorystycznej organizacji o nazwie „Indonezyjskie Państwo Islamskie”. „IPI” miałoby być konkurentem, lepszą alternatywą dla obecnej Indonezji. Film ma trochę niedomówień i parę scen od których wieje lekkim niepokojem, dzięki czemu można ten film trochę „poczuć”. Mimo wszystko produkcja wydaje się nieco płytka i powierzchowna, ponieważ pokazuje tylko to, że organizacje a la sekty mogą przyciągać młodych zagubionych idealistów. Temat ciekawy, realizacja słaba.
2. „Jedź, śpij, umieraj” (Eat, Sleep, Die, reż. Gabriela Pichler, Szwecja 2012)
Film jest szwedzki i już z tego powodu warto na niego pójść:p Kino skandynawskie jest wyjątkowo bliskie memu sercu, jednak ten film miał w sobie dodatkowe „coś”. Tym czymś jest tematyka i przedstawienie pewnego problemu, niezbyt chętnie i niezbyt często poruszanego w filmach z północy.
„Jedź, śpij, umieraj” opowiada historię dziewczyny pochodzącej z Bałkanów, jednak wychowaną od najmłodszy lat w Szwecji. Niby jest obca, niby jest imigrantką, ale z drugiej strony jest prawdziwą Szwedką. Czy jednak jest tak traktowana przez wszystkich? Dziewczyna mieszka z chorym ojcem, w związku z czym to ona zarabia. Co by się stało gdyby straciła pracę?
Mimo, że widzimy raczej przykry obrazek biedy, brzydoty i problemów, to film ma w sobie pewne ciepło, może trochę dziewczęcej naiwności, a na pewno ma w sobie energię, humor i pozytywne nastawienie. Jak banalnie by to nie zabrzmiało, naprawdę ten film jest piękny przez swoją brzydotę.
Film mi się podobał, ale nie jest to mój festiwalowy faworyt:P
Malowniczy i bardzo poetycki film, przedstawiający problem zabójstw honorowych w wyjątkowy sposób, bo przez pryzmat relacji ojciec – córka. Podczas podróży bohaterów (tak, tak! Mamy do czynienia z filmem drogi!) widzimy jak ojciec męczy się z powinnością zabicia się swojej nastoletniej córki. Drobne zdania i gesty pokazują, że bohaterów łączy szczególna więź, której nie należałoby niszczyć z powodu okrutnej tradycji.
Film dostaje ogromnego plusa za obrazy i muzykę. Miłe dla oka, serca i umysłu, ale nie zmieni to naszego życia, nie oświeci, nie uwrażliwi, nie poruszy. Film, który można z ciekawości zobaczyć raz w życiu i więcej do niego nie wracać.
A! I pięknie
się kończy!
4. „Miasteczko Villegas” (Villegas, reż.Gonzalo Tobal, Argentyna, Holandia, Francja 2012)
Dwóch kuzynów spotyka się po latach, by razem pojechać na pogrzebu dziadka. Między bohaterami była kiedyś wielka przyjaźń, jednak z biegiem lat kuzyni wybrali skrajnie różne drogi. W momencie, kiedy dojeżdżają do Villegas, czyli do rodzinnego miasteczka, gdzie rodzinny pogrzeb ma miejsce, na dwie doby zapominają o swoim „normalnym” życiu. Potrafią się zachowywać inaczej, ale w tak naturalny sposób, że możemy założyć, że kiedyś tak wyglądało ich życie, a przeprowadzka do Buenos Aires zmieniła ich nie do poznania. Summa summarum wracają z pogrzebu bardziej wyluzowani, uśmiechnięci, bardziej szczerzy. Wracają jakby oczyszczeni. Widać tym samym piękną przemianę!
Film ma cudowny stary utwór Marleny Dietrich „Where Have All The Flowers Gone?”. Od razu dodam, że utwór ten jest dodatkiem do dość ciekawej sceny w filmie:P
No i mówią po hiszpańsku! Pewnie niektórych już sam fakt przystojnych Argentyńczyków i języka hiszpańskiego przyciągnie do kina. Jednak film nie powala na kolana. Jest niezły, ale na DVD bym nie kupiła.
5. „Daleko nie jest wystarczająco daleko” (Far Out isn’t far enough: The Tomi Ungerer Story, reż. Brad Bernstein, USA 2012)
Jeden z moich festiwalowych faworytów. Świetny film, świetny bohater, świetna historia. Złoty środek, humor, dramat, dziwne historie i wybitny artysta. Film absolutnie cudowny. Powinien być wzorcowym przykładem filmu dokumentalnego o mało znanym artyście. Mimo, że główna postać nie była mi znana, to nie dość, że filmem jestem zachwycona, to dodatkowo po seansie doczytałam dość dużo o bohaterze;)
Napiszę nieco więcej o tym filmie i wrzucę info o bohaterze filmu w oddzielnej notce:P
Film na tyle mi się podobał, że będzie solidny tekst już niedługo.
Na koniec dodam, że to tylko 5 filmów, a w sumie zobaczyłąm ich 18, więc jeszcze posty dwa się pojawią o samym WFF-ie:P
Film na tyle mi się podobał, że będzie solidny tekst już niedługo.
Na koniec dodam, że to tylko 5 filmów, a w sumie zobaczyłąm ich 18, więc jeszcze posty dwa się pojawią o samym WFF-ie:P