„Artysta” z talentu korzysta
Kino nieme wydaje się nam dzisiaj nudne i archaiczne. Czarno-białe filmy nie cieszą się szczególnym zainteresowaniem (chyba, że ze strony artystycznych jednostek lub snobujących się na takie; osób, które nieco ignorując fabułę, będą się rozpływać nad wyjątkowością zdjęć). Jednak coś się stało. Coś się zmieniło. „Artysta”, który wszedł do polskich kin raptem parę tygodni temu (10 lutego 2012), dostał aż 10 nominacji do Oscarów…
(http://www.dawn.com/wp-content/uploads/2011/12/the-artist-jean-dujardin-george-valentin-Reut-543.jpg)
„Artysta” jest filmem czarno-białym, niemym, z akcją rozgrywającą się w latach 20. i 30. XX w. w Hollywoodland *(czyli dzisiejszym Hollywoodzie). Główny bohater – gwiazda filmów niemych – spotka się w problemem końca lat 20., tj. z wprowadzeniem w filmach dźwięku. Jako artysta charakterystyczny, obdarzony bogatą mimiką i gestykulacją, boi się dźwięku, boi się, że widzowie nie będą chcieli go słuchać. Uważa przy tym, że prawdziwy artysta nie musi mówić, bo może to dobrze zagrać. Artysta buntuje się przeciwko rewolucji dźwiękowej i wcale na tym dobrze nie wychodzi. Pojawia się także kobieta – śliczna, zgrabna, zdolna aktorka…i w ten prosty sposób powstaje historia z paroma ciekawymi, acz standardowymi wątkami.
Film jest o tyle ciekawy, że pochodzi naprawdę z innej epoki. Nie chodzi tutaj o kolorystkę i brak dźwięku. Aktorzy w „Artyście” naprawdę popisują się kunsztem aktorskim – nieco przerysowanym, pantomimicznym, ale tym samym (z dzisiejszej perspektywy) zabawnym. Czujemy, że zarówno reżyser, jak i aktor w prawie każdej scenie, puszcza do nas przysłowiowe „oczko”. Cudownie bawią się formą. Warto nadmienić, że aktorstwo dotyczy nie tylko ludzi. Tym samym polecam przyjrzeć się postaci psa – zwierzęcia, które nie odbiega profesjonalizmem i lekkością gry najznakomitszym artystom. W starym stylu są też niektóre ujęcia, czy przejścia ze sceny do sceny (np. przykład zamykania się klatki w figurę koła, które maleje, maleje, aż się zmienia w mały punkt i znika). Te wszystkie odwołania do początków Hollywood ujmują i nadają „charakter” filmowi.
Dzieło Michela Hazanaviciusa tym się różni od oryginalnych filmów niemych, że operuje o wiele mniejszą ilością dialogów (klatkę z tekstem widzimy paręnaście razy; najczęściej mimo, że widzimy scenę rozmowy, wypowiedziane słowa - nie są one przytaczane), po drugie film jest nieco dłuższy, ale z drugiej strony ma na tyle ciekawą i emocjonującą fabułę, że widz nie czuje tych dodatkowych minut. Na koniec warto zaznaczyć, że film jest naprawdę pogodny i śmieszny – zakładając oczywiście, że jesteśmy w stanie się wczuć w starą stylistykę. W dniu dzisiejszym mało kogo śmieszy rzucenie komuś tortem w twarz, jednak idąc (świadomie) na stary film jesteśmy wstanie śmiać się do łez przy „gorszych” gagach. W „Artyście” gagi są oryginalne i ciekawe, czuć powiew świeżości. No i oczywiście ujmuje muzyka, która jest przez cały film, która obrazuje zdarzenia z ekrany, która jest stylizowana na starą. Jednak szkoda, że dzisiejszy widz nie ma możliwości posłuchania tapera, a jedynie dźwięku z głośników w jakości HD. Notabene, sądzę, że dość dużo osób byłoby w stanie dopłacić do biletu, żeby posłuchać tapera, więc szkoda, że nikt nie wpadła na ten pomysł… (w kinach pojawią się różne filmy w dwóch wersjach - 2 i 3D; wydaje mi się, że takim samym „gadżetem” będą okulary 3D co dźwięk na żywo).

(http://www.filmmakermagazine.com/news/wp-content/uploads/2011/11/The-Artist-Jean-Dujardin-e1314351354357.jpeg)
Teraz jeszcze słowo krytyki, które musi paść. Film wydaje się nieco odtwórczy. Mimo, że ciekawy, opowiada w sumie prostą historię (ale z głębokim i realistycznym osadzeniem w czasach już historycznych). Jest to przykre (z mojej dwudziestoparoletniej perspektywy), że film, który dostaje tyle nominacji musi być „dziwadłem”. W Stanach docenia się filmy udziwnione (3D, ze specjalnie obrzydzonymi/zniekształconymi aktorami), w które czarno-biały film niemy się idealnie wpisuje. Smutne jest to, że zdebilizowany naród amerykański pewnie nie bardzo zna swoją spuściznę kina niemego**, które się świetnie rozwijało na początku XX w. Zamiast zobaczyć starego i poczciwego Katona, lepiej jest pójść do centrum handlowego i przy okazji zobaczyć jakiś film, który stylizacją przypomina kino niezależne, offowe, wyższych lotów.
Jedna rzecz mnie w tych minusach pociesza – film jest niemy, więc ci wszyscy prości widzowie, którzy kupują wielki karton popcornu i 2 litry coli, którzy nie wyłączają telefonu komórkowego i plotkują w kinie, usłyszą każdy swój ruch, każde słowo i może się nieco nad sobą zastanowią. Może dopadnie ich refleksja dot. kultury w kinie, bo w czasach, kiedy każdy do każdego krzyczy, kiedy zalewa nas masowa informacja, miło jest się wyciszyć i skupić na sympatycznym filmie. Można zapomnieć o reklamach, wiadomościach, plotkach, a skupić się na historii rozrywki amerykańskiej, tym bardziej, że podanej w znakomity i przystępny sposób.
*
Nazwa Hollywood powstała w 1886 r, kiedy to małżeństwo Wilcoxów osiedliło się na owych
wzgórzach i swoje ranczo nazwało „Hollywood” (czyli „ostrokrzew”). Nazwę
rozpowszechnił Hobert Johnstone Whitley, który jako siła sprawcza, zmienił
farmy w luksusowe rezydencje. 1903 r. osada uzyskała prawa miejskie. W 1923 r
powstał na wzgórzach napis „Hollywoodland”, który został w 1949 skrócony do
obecnej nazwy.
**
„Dominujące w Europie przekonanie, jakoby to Francuzi
wynaleźli kino, w Stanach Zjednoczonych zbywane jest kpiącym wzruszeniem ramion.
28 grudnia 1895 roku Amerykanie mieli już za sobą nie tylko udane eksperymenty
z ruchomymi obrazami, pierwsze publiczne pokazy kinematografu, kilkadziesiąt
nakręconych rolek i konkurujące ze sobą pracownie, a nawet interesujące
doświadczenia z filmem dźwiękowym.” pisał Rafał Syska w „ Kino nieme” (wyd.
Univeristas). Jak widać, amerykanie mogą pochwalić się na tyle dużą tradycją
kinematograficzną, że wręcz zbrodnią jest nie korzystać z tego.