wtorek, 13 listopada 2012

Kochankowie z księżyca (Moonrise Kingdom)

Do WFF-u powrócę i recenzje się pojawią. Tym czasem nowa recenzja, nowego filmu. "Kochankowie z księżyca" powinni się pojawić niedługo w kinach, więc już teraz gorąco zachęcam. A czemu film polecam, można przeczytać niżej lub na stronie www.kulturalnie.waw.pl (moja recenzja: klik!).

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

On – skaut-dezerter nie rozstający się ze swoją futrzaną czapką i mundurem; mistrz biwakowania, który porzuca swoją drużynę dla Niej; 

Ona – milcząca i posągowa piękność, wyglądająca jak Bonnie z „Bonnie i Clyde”, zawsze z lornetką wiszącą u szyi i walizką pełną książek fantasy ukradzionych z biblioteki miejskiej;

Oni – zakochani outsiderzy, niepokorni dwunastolatkowie (!), którzy uciekają w nieznane, by móc się rozkoszować swoim nastoletnim uczuciem z dala od rodziców i opiekunów;

Rodzice … – para artystycznych prawników borykająca się z kryzysem małżeńskim (Bill Murray i Frances McDormand);

… i Opiekunowie - policjant tutejszego jednoosobowego posterunku (Bruce Willis) oraz niezdarny komendant obozu skautów (cudowny Edward Norton).

Wszystkie wspomniane przeze mnie postacie są na tyle groteskowe i interesujące (przez bycie najzwyczajniejszymi ze zwyczajnych), że film nawet bez fabuły byłby niezły. Ale jeżeli do tego wszystkiego dołożymy jakieś perypetie bohaterów, oczywiście perypetie nietuzinkowe (ale jednocześnie banalne), to film staje się coraz lepszy. Jednak ten film ma coś jeszcze. Na tym smacznym torcie, pojawia się przysłowiowa wisienka!

Wes Anderson (reżyser) w swoim filmie zawarł mnóstwo „smaczków” – zarówno słownych (niektóre dialogi należałoby spisywać), jak i wizualnych (początkowa scena, gdy miejscowy naukowiec przedstawia nam wyspę). Film tym samym jest najczystszą rozrywką - taką na najwyższym poziomie.

„Kochankowie…” nie są co prawda moim filmem życia, ani nawet roku, jednak jestem nimi prawdziwie oczarowana. Wes Anderson w swym dorobku filmowym ma m.in. „Genialny Klan”, który tak samo jak „Kochankowie…” jest filmem ciepłym, sympatycznym, trochę ironiczno-prześmiewczym oraz tak lekkim i uroczym, że grzechem byłoby go nie zobaczyć. Tym bardziej, że subtelny humor „Kochanków…” idealnie zneutralizuje naszą jesienno-zimową chandrę, która będzie nas nękać przez najbliższe miesiące.


czwartek, 25 października 2012

Warszawski Festiwal Filmowych - parę słów o... (cz.1)

Niestety podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego kursowałam tylko na trasach: dom – praca, praca – WFF, WFF – dom. Dzień w dzień tak samo. Tym samym mimo OGROMNYCH chęci organizm się buntował i przy każdej mojej próbie zrecenzowania festiwalowego filmu zasypiałam:)

Teraz krótkie podsumowanie, a z dnia na dzień kolejne recenzje! A jako, że w piątek wyjeżdżam znowu do Berlina, to będą nowe wpisy, nowe zdjęcia etc na moim blogu podróżniczym :p



Warszawski Festiwal Filmowy – moje odkrycia, porażki i miłe dla oka zapychacze czasu:


1. „Z zawiązanymi oczami” (The Blindfold, reż. Garin Nugroho, Indonezja 2012)

Dobre dla lubicieli takich tematów. Historia młodych kobiet, które niespodziewanie znikają. Okazuje się, że studentki zawiedzione okrutnym światem, głodem, biedą i niesprawiedliwością przyłączają się do terrorystycznej organizacji o nazwie „Indonezyjskie Państwo Islamskie”. „IPI” miałoby być konkurentem, lepszą alternatywą dla obecnej Indonezji. Film ma trochę niedomówień i parę scen od których wieje lekkim niepokojem, dzięki czemu można ten film trochę „poczuć”. Mimo wszystko produkcja wydaje się nieco płytka i powierzchowna, ponieważ pokazuje tylko to, że organizacje a la sekty mogą przyciągać młodych zagubionych idealistów. Temat ciekawy, realizacja słaba.

2. „Jedź, śpij, umieraj” (Eat, Sleep, Die, reż. Gabriela Pichler, Szwecja 2012)

Film jest szwedzki i już z tego powodu warto na niego pójść:p Kino skandynawskie jest wyjątkowo bliskie memu sercu, jednak ten film miał w sobie dodatkowe „coś”. Tym czymś jest tematyka i przedstawienie pewnego problemu, niezbyt chętnie i niezbyt często poruszanego w filmach z północy. „Jedź, śpij, umieraj” opowiada historię dziewczyny pochodzącej z Bałkanów, jednak wychowaną od najmłodszy lat w Szwecji. Niby jest obca, niby jest imigrantką, ale z drugiej strony jest prawdziwą Szwedką. Czy jednak jest tak traktowana przez wszystkich? Dziewczyna mieszka z chorym ojcem, w związku z czym to ona zarabia. Co by się stało gdyby straciła pracę?
Mimo, że widzimy raczej przykry obrazek biedy, brzydoty i problemów, to film ma w sobie pewne ciepło, może trochę dziewczęcej naiwności, a na pewno ma w sobie energię, humor i pozytywne nastawienie. Jak banalnie by to nie zabrzmiało, naprawdę ten film jest piękny przez swoją brzydotę.



Film mi się podobał, ale nie jest to mój festiwalowy faworyt:P  


3. „Tam gdzie płonie ogień” (Where The Fire Burns, reż. Ismail Güneş, Turcja 2012)

Malowniczy i bardzo poetycki film, przedstawiający problem zabójstw honorowych w wyjątkowy sposób, bo przez pryzmat relacji ojciec – córka. Podczas podróży bohaterów (tak, tak! Mamy do czynienia z filmem drogi!) widzimy jak ojciec męczy się z powinnością zabicia się swojej nastoletniej córki. Drobne zdania i gesty pokazują, że bohaterów łączy szczególna więź, której nie należałoby niszczyć z powodu okrutnej tradycji.



Film dostaje ogromnego plusa za obrazy i muzykę. Miłe dla oka, serca i umysłu, ale nie zmieni to naszego życia, nie oświeci, nie uwrażliwi, nie poruszy. Film, który można z ciekawości zobaczyć raz w życiu i więcej do niego nie wracać.  A! I pięknie się kończy!

4. „Miasteczko Villegas” (Villegas, reż.Gonzalo Tobal, Argentyna, Holandia, Francja 2012)

Dwóch kuzynów spotyka się po latach, by razem pojechać na pogrzebu dziadka. Między bohaterami była kiedyś wielka przyjaźń, jednak z biegiem lat kuzyni wybrali skrajnie różne drogi. W momencie, kiedy dojeżdżają do Villegas, czyli do rodzinnego miasteczka, gdzie rodzinny pogrzeb ma miejsce, na dwie doby zapominają o swoim „normalnym” życiu. Potrafią się zachowywać inaczej, ale w tak naturalny sposób, że możemy założyć, że kiedyś tak wyglądało ich życie, a przeprowadzka do Buenos Aires zmieniła ich nie do poznania. Summa summarum wracają z pogrzebu bardziej wyluzowani, uśmiechnięci, bardziej szczerzy. Wracają jakby oczyszczeni. Widać tym samym piękną przemianę!
Film ma cudowny stary utwór Marleny Dietrich „Where Have All The Flowers Gone?”. Od razu dodam, że utwór ten jest dodatkiem do dość ciekawej sceny w filmie:P





No i mówią po hiszpańsku! Pewnie niektórych już sam fakt przystojnych Argentyńczyków i języka hiszpańskiego przyciągnie do kina. Jednak film nie powala na kolana. Jest niezły, ale na DVD bym nie kupiła.

5. „Daleko nie jest wystarczająco daleko” (Far Out isn’t far enough: The Tomi Ungerer Story, reż. Brad Bernstein, USA 2012)

Jeden z moich festiwalowych faworytów. Świetny film, świetny bohater, świetna historia. Złoty środek, humor, dramat, dziwne historie i wybitny artysta. Film absolutnie cudowny. Powinien być wzorcowym przykładem filmu dokumentalnego o mało znanym artyście. Mimo, że główna postać nie była mi znana, to nie dość, że filmem jestem zachwycona, to dodatkowo po seansie doczytałam dość dużo o bohaterze;)



Napiszę nieco więcej o tym filmie i wrzucę info o bohaterze filmu w oddzielnej notce:P
Film na tyle mi się podobał, że będzie solidny tekst już niedługo.




Na koniec dodam, że to tylko 5 filmów, a w sumie zobaczyłąm ich 18, więc jeszcze posty dwa się pojawią o samym WFF-ie:P

piątek, 28 września 2012

28. Warszawski Festiwal Filmowy

http://www.wff.pl/gallery/28WFF_www_gl.jpg


Moi drodzy! Tak, tak! już za dwa tygodnie zaczyna się 28. Warszawski Festiwal Filmowy!!
Znowu mnóstwo filmów, które warto zobaczyć:P
Recenzje będę zamieszczać regularnie! a tym bardziej, że w tym roku będę wolontariuszką na festiwalu;)

Zapraszam na stronę, by już się rozeznać w filmach, które będzie można obejrzeć:


I przypominam, że od 3.października zaczyna się przedsprzedaż!

Zakochani w Rzymie

Jak co roku na ekranach zagościł nowy film Woody Allena. Tym razem oczami Allena widzimy Rzym, czyli kolejne europejskie miasto, które postarało się o uwiecznienie na klatkach Tego reżysera. Kwestię miejsca akcji filmu, możemy śmiało zostawić obok – niewiele wnosi do rozmowy, a co najwyżej może niektórym podnieść ciśnienie…

Allen tym razem oparł swój pomysł na 4 przeplatających się historiach. Mamy historię zwykłego Rzymianina, który staje się niespodziewanie celebrytą, przygody włoskiego młodego małżeństwa z prowincji, wspomnienia z młodzieńczych lat podstarzałego amerykańskiego architekta i romantyczną historię zakochanych młodych. Wszystkie opowiastki mają w sobie „coś”. Wszystkie bronią się grą aktorską, wszystkie są zabawne i ciekawe. Problem polega na tym, że tego jest za mało. W poprzednich filmach było owych rzeczy i więcej, i w większym natężeniu. Jednak jeżeli ktoś jest fanem Allena – musi zobaczyć, a jak ktoś chce zostać fanem Allena, to powinien zobaczyć. Jeżeli to ci się spodobało, to pokochasz stare filmy neorotycznego okularnika. Jeżeli ten film ci się nie spodobał, to jest duża szansa, że stare ci się spodobają. Jakby nie patrzeć film jest na ekranach, nazwisko Allena znowu się pojawia częściej w rozmowach. A tak naprawdę i tak ten film ani nie zaszkodzi, ani ni pomoże Allenowi w karierze. Co najwyżej będzie reklamą nazwiska i starych filmów.

Allen, niegdyś mistrz bezpruderyjnego humoru i ironicznej riposty, zamienił się w zdziadziałego odtwórcę. To co go ratuje, to fakt, że odtwarza swoje własne pomysły – tyle, że sprzed kilkunastu lat. Świeże i intrygujące historie zamieniły się w odgrzewany obiad. Obiad pyszny, ale odgrzewany zawsze jest gorszy. W filmie pojawia się komentarz nt. bohatera granego przez Allena : „emerytura to dla niego śmierć”. Tak samo jak z Jerrym (granym przez Allena), tak i z samym Allenem się dzieje. Emerytura oznacza śmierć, oznacza koniec. A nuż lepiej jest stworzyć coś słabego, wbrew opinii krytyków i widzów, a z czystego egoizmu – by poczuć, że się żyje.


Dawno nie pisałam, bo więcej energii poświęcam mojemu blogowi podróżniczemu klik!, do tego wakacje (urlop/ zdwojona praca przed i po urlopie:P) ...ale w przeciągu najbliższego miesiąca powinno się tutaj coraz więcej rzeczy pojawić:)

cu!

poniedziałek, 23 lipca 2012

Słodkich snów

Słodkich snów - recenzja z kulturalnie.waw.pl: klik!


(http://1.fwcdn.pl/po/88/65/548865/7468166.3.jpg?l=1340109469000)

wtorek, 17 lipca 2012

2 dni w Nowym Jorku




 http://genkinahito.files.wordpress.com/2012/06/2-days-in-new-york-poster.jpg
 http://genkinahito.files.wordpress.com/2012/06/2-days-in-new-york-poster.jpg

Kochamy Julie Delpy za jej dziewczęcy urok, figlarne spojrzenie i neurotyczny słowotok, w który wpadają bohaterki przez nią grane. „Przed wschodem słońca” i „Przed zachodem słońca” (w drugim filmie Delpy nie tylko grała, ale również współtworzyła scenariusz!) należą do moich ulubionych filmów – mimo że są ckliwe, to są tak romantycznie szczere, że nie potrafię nie oglądać ich przez okres dłuższy niż pół roku. Wcześniej widzieliśmy ją m.in. w „Trzech kolorach” Kieślowskiego. Wydawałoby się, że kariera Julie będzie kwitnąca, zwłaszcza po tym jak już zakończyła przedsięwzięcia w stylu epizodycznej roli w „Ostrym dyżurze”. 
A tu klops.
 http://collider.com/wp-content/uploads/Julie-Delpy-2-Days-in-New-York-image-1.jpg
 http://collider.com/wp-content/uploads/Julie-Delpy-2-Days-in-New-York-image-1.jpg

„2 dni w Paryżu” były naprawdę udane. Delpy napisał scenariusz, wyreżyserowała, zagrała główną rolę i wybrała świetną muzykę. Film był dobry, bo przede wszystkim był świeży. „Inne” poczucie humoru, „inne” ujęcie niektórych spraw (damsko-męskich, amerykańsko – francuskich etc.), „inna” tematyka. Film jakiego nie było! Komedia, ale gorzko-ironiczna. Dzieło na pograniczu kina europejskiego i amerykańskiego. Cud, miód, malina.
Po debiucie reżyserskim przyszedł czas na kolejny film, który nie broni się już tak dobrze, jak poprzednik. „2 dni w Nowym Jorku” można byłoby określić jednym zdaniem: Delpy miała na stworzenie filmu 3 miesiące, miesiące bez weny twórczej, a z podpisanymi już kontraktami. Film nie bawi (przynajmniej mnie), ponieważ dialogi (na pozór śmieszne) są sztampowe. Brak polotu widzimy w najprostszych scenach. Film się dłuży i męczy. Przytłacza nudą, przewidywalnością i (o zgrozo!) również pretensjonalnością – motyw „duszy”.
Fabuła (o której zaraz w skrócie napiszę) nie jest zła, ale film jako całość jest miałki i wybrakowany. Pragnę jeszcze dodać, że boli mnie ten film w głębi duszy - w sposób niewyobrażalny. Uwielbiam Delpy jako aktorkę, jako scenarzystkę, jako reżyserkę. „2 dni w Paryżu” znam niemalże na pamięć. Tym samym zawód jaki mnie spotkał w kinie jest nie do opisania. Może to wypalenie zawodowe Delpy? Tylko po co robić film, jeżeli nie mamy na niego pomysłu?



 http://www.aceshowbiz.com/images/still/two-days-in-new-york01.jpg

 http://www.aceshowbiz.com/images/still/two-days-in-new-york01.jpg


Fabuła:
Marion (główna bohaterka z „2 dni w Paryżu”) rozstała się ze swoim poprzednim partnerem Jackiem, jednak owocem ich długoletniego związku jest syn, którym Marion się zajmuje. Jednak nie wychowuje dziecka samotnie. Oczywiście miejsce Jacka zastąpił nowy mężczyzna, tym razem czarnoskóry Mingusem. Ona jest nadal jest fotografem, on znanym prezenterem radiowym. Ona się denerwuje zbliżającą się wystawą własnych zdjęć (gdzie notabene ma sprzedać także własną duszę), on wariuje przez jej rodzinę, która koniecznie musiała przyjechać na nadchodzący wernisaż. Do tego należy dodać postać Manu (obecnego partnera siostry Marion, a swego czasu chłopaka samej Marion), palenie marihuany przez nieznających się „na rzeczy” francuzów, nimfomańskie zapędy siostry Marion i standardowe (nieco przerysowane) napady neurozy głównej bohaterki. Wszystko okraszone słabymi dialogami, żenującym humorem i na szczęście cudownym ojcem Marion (ale także w życiu prywatnym Delpy). Chyba tylko postać grana przez Alberta Delpy minimalnie ratuje film – na tyle, że widz mimo wszystko zostaje w kinie aż do napisów końcowych.
 https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhAhilF-D5y79gw0wMWYehmFajLKHUJMiehgtqkNat4UesKqxgoNqVQef-2rcpICVL2DDM5qPylrmKFhyphenhyphenyKYeu8suWGVchTe_ooGYZOPIXq6izG9hpeptYH9RyM6niukFn2Mn0K5PExXNg/s1600/2+Days+in+New+York+Movie+Stills+(7).jpg
 https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhAhilF-D5y79gw0wMWYehmFajLKHUJMiehgtqkNat4UesKqxgoNqVQef-2rcpICVL2DDM5qPylrmKFhyphenhyphenyKYeu8suWGVchTe_ooGYZOPIXq6izG9hpeptYH9RyM6niukFn2Mn0K5PExXNg/s1600/2+Days+in+New+York+Movie+Stills+%287%29.jpg



Panna Anna

niedziela, 1 lipca 2012

Dawno tutaj nie zaglądałam, ale starałam się przez ten czas (w tym czas sesji!) jakieś filmy oglądać. A recenzja dłuższa i bardziej konkretna będzie na dniach, bo właśnie ją piszę dla kulturalnie.waw.pl;) Niestety przez sesję nie dane było mi oglądać filmy w kinie - jedyną opcją, która wchodziła w grę, to był film na komputerze w przerwie między nauką, nauką-pracą, pracą-pracą, bądź czymś w/w i snem. Ale liczę, że zobaczę w końcu m.ni. „Łowcę głów”:P


Po pierwsze, wreszcie zobaczyłam „Karmel”. Film co prawda nie jest tak dobry jak ”Dokąd teraz?”, ale na pewno jest niezły. Przede wszystkim powala mnie (ach ta Nadine Labaki!) kobiece ciepło płynące z tego filmu, jak również normalne przedstawienie kobiecych problemów – co ważne nie w sposób patetyczny lub dramatyczny, jak w większości filmów. Urzeka mnie też tytuł i fakt, skąd taki tytuł się wziął. Summa summarum – ciekawe, ciepłe, akurat na letnie popołudnie. Niestety filmowi brak tego, co miało w sobie „Dokąd teraz?”, czyli brak harmonijnej równowagi wszystkich składników (tzw. „złoty środek”). Mogłabym się jeszcze przyczepić względnie małej ilości humoru, ale to nie jest akurat warunek „życia i śmierci” filmu, dla mnie było by lepiej z humorem, pewnie dla wielu jest lepiej w takiej postaci;)





Po drugie, wreszcie udało mi się zobaczyć „Przekleństwa niewinności” Sophie Coppoli (piszę „wreszcie”, bo kiedyś fragmenty filmu/cały film oglądałam, ale nie pamiętałam fabuły, więc tak jakby filmu nie widziała:P więc chciałam bardzo zobaczyć film jeszcze raz i już zapamiętać). Filmy Coppoli uwielbiam za wakacyjno-beztroskie zdjęcia. W związku z tym każdy jej film, o czym by nie opowiadał, jest już dobry. Nie widziałam jeszcze „Marii Antoniny”, ale może kiedyś się zmuszę, chociaż ze względu na reżyserkę i aktorów, bo tematyka jest wyjątkowo nie moja;) „Przekleństwa…” mają magiczną moc, oglądając je przeniosłam się w inny świat. Było to niezwykłe przeżycie uwzględniając emocji jakie w nas wyzwala większość współczesnych filmów. Cudowna jest muzyka! To ona i zdjęcia „pod słońce” tworzą tę aurę niezwykłości, tajemniczości, wakacji. Film wydaje się nieco nijaki w sferze fabuły – nie odpowiada na żadne pytania. Nie można spojrzeć na niego, jak na film poruszający ważne tematy społeczne, na film będący głosem młodego pokolenia, przykład kina zaangażowanego etc etc. Film jest ładny i to jest jego cała siła. Dodać jednak należy, że postawienie wielu pytań i brak odpowiedzi jest ciekawym zabiegiem – czujemy się przez cały film jak chłopcy podglądający siostry, jak grupka oczarowanych siostrami Lisbon. Chłopcy również tylko obserwują, ale nie znają tych najważniejszych odpowiedzi….Dzięki temu możemy odbierać film z zupełnie innej perspektywy.


I piosenka AIR – koniecznie<3



Trzeci film (a wszystkie obejrzane w tym tygodniu), to „Dziewczyna z tatuażem” w reżyserii Davida Fischera. Czytałam książkę (choć w momencie, kiedy już nie była taka modna), nie widziałam ekranizacji skandynawskiej. Nawet tej amerykańskiej ekranizacji nie chciałam oglądać, ale w niektóre dni człowiek nie ma ochoty na Viscontiego czy Antonioniego, więc „przypadkiem” włączyłam. Film jest dla mnie czymś genialnym w swoim gatunku. Mimo, że czytałam książkę i wiedziałam, co cię wydarzy, „kto jest mordercą”, to nadal przednio się bawiłam. Akcja, świetni aktorzy, piękna Skandynawia. W filmie było wszystko i znowu (jak u Nadin) w idealnych proporcjach. Zachwyt! Film trwa ok. 3 godzin, ale nie nuży. Nie będę się rozpisywać nad konkretnymi scenami. Film rewelacyjnie zrobiony – pod KAŻDYM względem. Ma z miejsca 10/10;)






Recenzja ze „Słodkich snów” na dniach. Resztę filmów, które niedawno oglądałam też jakoś zrecenzuję w 3-4 zdaniach, bo chciałabym, żeby ten blog odżył. A jak już się uporam z dziekanatami i innymi przykładami bzdurnej administracji, to będą recenzje dłuższe – nowości lub moich najulubieńszych filmów;)  

poniedziałek, 26 marca 2012

„Dokąd teraz?”, czyli dokąd zmierza feminizujące kino libańsko-francuskie.


          Kobiety są pomysłowymi istotami – możemy się o tym przekonać na każdym kroku. Jednak z bólem serca muszę stwierdzić, że ciągle zbyt rzadko ten fakt jest przedstawiany w dzisiejszej kinematografii.      

         Nadine Labaki potrafi w sposób piękny, mądry i głęboki opowiadać o kobietach. Jej najnowszy film „Dokąd teraz?” jest feministyczną przypowieścią pełną zwrotów akcji i zabawnych perypetii głównych bohaterek. Zaskakuje jednak fakt, że film pomimo wesołej konwencji (która w wielu momentach przypomina filmy Almodovara – zarówno tematyką kobiet, jak i absurdem/groteską sytuacji, kolorowym i przerysowanym ukazaniem ważnych kwestii społecznych), mówi o bardzo ważnych sprawach.

http://gfx.mmka.pl/newsph/407036/1016355.3.jpg


       Labaki pokazuje nam wioskę w kraju X (możemy się domyślić, że to libańska wioska), która zamieszkana jest przez chrześcijan i muzułmanów. Mieszkańcy obojga wyznań mieszkają koło siebie, lubią się, razem piją w lokalnym barze. Jednak w tej całej Idylii kobiety nadal nie mogą zapomnieć pewnych zdarzeń z przeszłości. To One nadal pamiętają, że taka harmonia nie była zawsze. To One straciły synów, braci, ojców podczas nie tak dawnych konfliktów wyznaniowych. Nauczone przeszłymi zdarzeniami, teraz starają się za wszelką ceną utrzymać pokój. Nie jest to łatwym zadaniem – cały kraj pogrążony jest w różnych zamieszkach religijnych, a mężczyźni z ich wioski są niebezpiecznie przepełnieni emocjami i testosteronem.

         Kobiety jednak stają na wysokości zadania i poprzez podstępy, drobne intrygi i zmyślne zagrania są w stanie zapanować nad „nieokiełznanymi” mężczyznami. Warto zaznaczyć, że ich walka o pokój jest pełna poświęcenia. Doskonałym tego przykładem jest zachowanie jednej z mieszkanek wioski, która ukrywa przed innymi mieszkańcami śmierć swojego syna. Matka wie, że nadal obowiązuje zasada „głowa za głowę” i śmierć dziecka (poniesiona omyłkowo, z rąk muzułmanów z innych terenów), chrześcijanie-tubylcy będą chcieli pomścić. Pomszczoną śmierć będzie trzeba znowu pomścić i summa summarum po raz kolejny połowa mężczyzn zginie w bezsensownej i bezzasadnej walce.  

        Kobiety w tych swoich wszystkich zachowaniach są dość egoistyczne – chcą głównie chronić siebie same przed ponownym bólem straty, przed kolejnymi żałobami. Ich desperacja przybiera najróżniejsze formy – począwszy od postrzelenia w nogę własnego syna („Nigdzie nie pójdziesz, nie pozwolę ci umrzeć”), poprzez ściągnięcie ukraińskich prostytutek, które miałyby odciągnąć uwagę mężczyzn od sprzeczek religijnych, kończąc na scenie wielkiej uczty, gdzie kobiety w ramach unieszkodliwiania mężczyzn, fundują im napoje i ciastka nafaszerowane haszyszem i innymi medykamentami. Kobiety są silne i niezależne, a dzięki temu osiągają zamierzony cel. Są mądrzejsze i roztropniejsze, niż mężczyźni, a co najważniejsze, to one tutaj logicznie myślą, kiedy mężczyźni dają się ponieść chwilowym emocjom.


 I piosenka!


       Film Labaki jest jednym z niewielu filmów, którego nie mogę skrytykować. Po prostu nie mam do czego się przyczepić. „Dokąd teraz?” jest błyskotliwe, piękne wizualnie (reżyserka zajmowała się przez parę lat reżyserowaniem videoclipów, co doskonale widać w wielu malowniczych ujęciach) i dopełnione świetną muzyką (skomponowaną przez męża reżyserki). Film ma jedną podstawowa zaletę: jest idealnie harmonijny. Jest w nim wszystko, co powinno być, do tego w odpowiedniej dawce. Jest komedia, jest dramat, są elementu musicalu. Wszystko się przeplata na tyle płynnie, że widza nie nuży. Przez cały seans miałam wilgotne oczy – raz ze śmiechu, raz ze wzruszenia. Tym samym wiem, że film do mnie trafił, zostawił przekaz i właśnie uzyskuje odpowiedź zwrotną.

       Tak bardzo nie lubiłam filmów z Bliskiego Wschodu, tak bardzo mnie nie interesowała kultura Libanu…Jedno ciasto z haszyszem, tak jak i jeden dobry film – oba są w stanie wiele zmienić.


Panna Anna 



Dokąd teraz?
Reż. Nadine Labaki
W kinach od 30.03.2012
Dystrybutor: Best Film




Tekst znajduje się na stronie www.kulturalnie.waw.pl , więc zachęcam także do odwiedzenia owej witryny;)



mój tekst:





niedziela, 26 lutego 2012

„Artysta” z talentu korzysta


Kino nieme wydaje się nam dzisiaj nudne i archaiczne. Czarno-białe filmy nie cieszą się szczególnym zainteresowaniem (chyba, że ze strony artystycznych jednostek lub snobujących się na takie; osób, które nieco ignorując fabułę, będą się rozpływać nad wyjątkowością zdjęć). Jednak coś się stało. Coś się zmieniło. „Artysta”, który wszedł do polskich kin raptem parę tygodni temu (10 lutego 2012), dostał aż 10 nominacji do Oscarów…


                         (http://www.dawn.com/wp-content/uploads/2011/12/the-artist-jean-dujardin-george-valentin-Reut-543.jpg)






„Artysta” jest filmem czarno-białym, niemym, z akcją rozgrywającą się w latach 20. i 30. XX w. w Hollywoodland *(czyli dzisiejszym Hollywoodzie). Główny bohater – gwiazda filmów niemych – spotka się w problemem końca lat 20., tj. z wprowadzeniem w filmach dźwięku. Jako artysta charakterystyczny, obdarzony bogatą mimiką i gestykulacją, boi się dźwięku, boi się, że widzowie nie będą chcieli go słuchać. Uważa przy tym, że prawdziwy artysta nie musi mówić, bo może to dobrze zagrać. Artysta buntuje się przeciwko rewolucji dźwiękowej i wcale na tym dobrze nie wychodzi. Pojawia się także kobieta – śliczna, zgrabna, zdolna aktorka…i w ten prosty sposób powstaje historia z paroma ciekawymi, acz standardowymi wątkami.  

Film jest o tyle ciekawy, że pochodzi naprawdę z innej epoki. Nie chodzi tutaj o kolorystkę i brak dźwięku. Aktorzy w „Artyście” naprawdę popisują się kunsztem aktorskim – nieco przerysowanym, pantomimicznym, ale tym samym (z dzisiejszej perspektywy) zabawnym. Czujemy, że zarówno reżyser, jak i aktor w prawie każdej scenie, puszcza do nas przysłowiowe „oczko”. Cudownie bawią się formą. Warto nadmienić, że aktorstwo dotyczy nie tylko ludzi. Tym samym polecam przyjrzeć się postaci psa – zwierzęcia, które nie odbiega profesjonalizmem i lekkością gry najznakomitszym artystom. W starym stylu są też niektóre ujęcia, czy przejścia ze sceny do sceny (np. przykład zamykania się klatki w figurę koła, które maleje, maleje, aż się zmienia w mały punkt i znika). Te wszystkie odwołania do początków Hollywood ujmują i nadają „charakter” filmowi.
Dzieło Michela Hazanaviciusa tym się różni od oryginalnych filmów niemych, że operuje o wiele mniejszą ilością dialogów (klatkę z tekstem widzimy paręnaście razy; najczęściej mimo, że widzimy scenę rozmowy, wypowiedziane słowa - nie są one przytaczane), po drugie film jest nieco dłuższy, ale z drugiej strony ma na tyle ciekawą i emocjonującą fabułę, że widz nie czuje tych dodatkowych minut. Na koniec warto zaznaczyć, że film jest naprawdę pogodny i śmieszny – zakładając oczywiście, że jesteśmy w stanie się wczuć w starą stylistykę. W dniu dzisiejszym mało kogo śmieszy rzucenie komuś tortem w twarz, jednak idąc (świadomie) na stary film jesteśmy wstanie śmiać się do łez przy „gorszych” gagach. W „Artyście” gagi są oryginalne i ciekawe, czuć powiew świeżości. No i oczywiście ujmuje muzyka, która jest przez cały film, która obrazuje zdarzenia z ekrany, która jest stylizowana na starą. Jednak szkoda, że dzisiejszy widz nie ma możliwości posłuchania tapera, a jedynie dźwięku z głośników w jakości HD. Notabene, sądzę, że dość dużo osób byłoby w stanie dopłacić do biletu, żeby posłuchać tapera, więc szkoda, że nikt nie wpadła na ten pomysł… (w kinach pojawią się różne filmy w dwóch wersjach - 2 i 3D; wydaje mi się, że takim samym „gadżetem” będą okulary 3D co dźwięk na żywo).

                                     (http://www.filmmakermagazine.com/news/wp-content/uploads/2011/11/The-Artist-Jean-Dujardin-e1314351354357.jpeg)


Teraz jeszcze słowo krytyki, które musi paść. Film wydaje się nieco odtwórczy. Mimo, że ciekawy, opowiada w sumie prostą historię (ale z głębokim i realistycznym osadzeniem w czasach już historycznych). Jest to przykre (z mojej dwudziestoparoletniej perspektywy), że film, który dostaje tyle nominacji musi być „dziwadłem”. W Stanach docenia się filmy udziwnione (3D, ze specjalnie obrzydzonymi/zniekształconymi aktorami), w które czarno-biały film niemy się idealnie wpisuje. Smutne jest to, że zdebilizowany naród amerykański pewnie nie bardzo zna swoją spuściznę kina niemego**, które się świetnie rozwijało na początku XX w. Zamiast zobaczyć starego i poczciwego Katona, lepiej jest pójść do centrum handlowego i przy okazji zobaczyć jakiś film, który stylizacją przypomina kino niezależne, offowe, wyższych lotów.  
Jedna rzecz mnie w tych minusach pociesza – film jest niemy, więc ci wszyscy prości widzowie, którzy kupują wielki karton popcornu i 2 litry coli, którzy nie wyłączają telefonu komórkowego i plotkują w kinie, usłyszą każdy swój ruch, każde słowo i może się nieco nad sobą zastanowią. Może dopadnie ich refleksja dot. kultury w kinie, bo w czasach, kiedy każdy do każdego krzyczy, kiedy zalewa nas masowa informacja, miło jest się wyciszyć i skupić na sympatycznym filmie. Można zapomnieć o reklamach, wiadomościach, plotkach, a skupić się na historii rozrywki amerykańskiej, tym bardziej, że podanej w znakomity i przystępny sposób. 




Panna Anna


* Nazwa Hollywood powstała w 1886 r, kiedy to  małżeństwo Wilcoxów osiedliło się na owych wzgórzach i swoje ranczo nazwało „Hollywood” (czyli „ostrokrzew”). Nazwę rozpowszechnił Hobert Johnstone Whitley, który jako siła sprawcza, zmienił farmy w luksusowe rezydencje. 1903 r. osada uzyskała prawa miejskie. W 1923 r powstał na wzgórzach napis „Hollywoodland”, który został w 1949 skrócony do obecnej nazwy.

** „Dominujące w Europie przekonanie, jakoby to Francuzi wynaleźli kino, w Stanach Zjednoczonych zbywane jest kpiącym wzruszeniem ramion. 28 grudnia 1895 roku Amerykanie mieli już za sobą nie tylko udane eksperymenty z ruchomymi obrazami, pierwsze publiczne pokazy kinematografu, kilkadziesiąt nakręconych rolek i konkurujące ze sobą pracownie, a nawet interesujące doświadczenia z filmem dźwiękowym.” pisał Rafał Syska w „ Kino nieme” (wyd. Univeristas). Jak widać, amerykanie mogą pochwalić się na tyle dużą tradycją kinematograficzną, że wręcz zbrodnią jest nie korzystać z tego.



środa, 8 lutego 2012

Krótko i zwięźle: nie będzie opowiastek o tym jakie miałam problemy w wypożyczalni filmów, nie będzie (mam nadzieję!) plotek z życia gwiazd, nie będzie za dużo o nagrodach filmowych, czerwonych dywanach i wakacjach w St.Tropez. Kogo to obchodzi?!


Kocham film i chcę o nim pisać.
Nie jakoś specjalistycznie, peseudointelektualnie.
Chcę wyrazić swoje myśli, podzielić się spostrzeżeniami i wątpliwościami, ale dotyczącymi FILMU.
Jako, że mam słabość do niektórych reżyserów, scenarzystów, aktorek i aktorów, to pewnie "coś" o kimś się pojawi, ale nie jest to kluczowe.


Przede wszystkim będą recenzje i krótkie notki - zarówno te, które uda(ło) mi się gdzieś opublikować, jak i całkowicie świeże i nieskażone "dorosłym światem".






Nie wiem kiedy wrzucę coś konkretnego, ale liczę, że ten pierwszy wpis mnie zmotywuje do szybszego ruszenia z tym blogiem;)



Przy okazji - prowadzę także fotobloga, na którego serdecznie zapraszam!