(http://1.fwcdn.pl/po/88/65/548865/7468166.3.jpg?l=1340109469000)
poniedziałek, 23 lipca 2012
wtorek, 17 lipca 2012
2 dni w Nowym Jorku
http://genkinahito.files.wordpress.com/2012/06/2-days-in-new-york-poster.jpg
Kochamy Julie Delpy za jej dziewczęcy
urok, figlarne spojrzenie i neurotyczny słowotok, w który wpadają
bohaterki przez nią grane. „Przed wschodem słońca” i „Przed
zachodem słońca” (w drugim filmie Delpy nie tylko grała, ale
również współtworzyła scenariusz!) należą do moich ulubionych
filmów – mimo że są ckliwe, to są tak romantycznie szczere, że
nie potrafię nie oglądać ich przez okres dłuższy niż pół
roku. Wcześniej widzieliśmy ją m.in. w „Trzech kolorach”
Kieślowskiego. Wydawałoby się, że kariera Julie będzie kwitnąca,
zwłaszcza po tym jak już zakończyła przedsięwzięcia w stylu
epizodycznej roli w „Ostrym dyżurze”.
A tu klops.
http://collider.com/wp-content/uploads/Julie-Delpy-2-Days-in-New-York-image-1.jpg
„2 dni w Paryżu” były naprawdę
udane. Delpy napisał scenariusz, wyreżyserowała, zagrała główną
rolę i wybrała świetną muzykę. Film był dobry, bo przede
wszystkim był świeży. „Inne” poczucie humoru, „inne”
ujęcie niektórych spraw (damsko-męskich, amerykańsko –
francuskich etc.), „inna” tematyka. Film jakiego nie było!
Komedia, ale gorzko-ironiczna. Dzieło na pograniczu kina
europejskiego i amerykańskiego. Cud, miód, malina.
Po debiucie reżyserskim przyszedł
czas na kolejny film, który nie broni się już tak dobrze, jak
poprzednik. „2 dni w Nowym Jorku” można byłoby określić
jednym zdaniem: Delpy miała na stworzenie filmu 3 miesiące,
miesiące bez weny twórczej, a z podpisanymi już kontraktami. Film
nie bawi (przynajmniej mnie), ponieważ dialogi (na pozór śmieszne)
są sztampowe. Brak polotu widzimy w najprostszych scenach. Film się
dłuży i męczy. Przytłacza nudą, przewidywalnością i (o
zgrozo!) również pretensjonalnością – motyw „duszy”.
Fabuła (o której zaraz w skrócie
napiszę) nie jest zła, ale film jako całość jest miałki i
wybrakowany. Pragnę jeszcze dodać, że boli mnie ten film w głębi
duszy - w sposób niewyobrażalny. Uwielbiam Delpy jako aktorkę,
jako scenarzystkę, jako reżyserkę. „2 dni w Paryżu” znam
niemalże na pamięć. Tym samym zawód jaki mnie spotkał w kinie
jest nie do opisania. Może to wypalenie zawodowe Delpy? Tylko po co
robić film, jeżeli nie mamy na niego pomysłu?
http://www.aceshowbiz.com/images/still/two-days-in-new-york01.jpg
Fabuła:
Marion (główna bohaterka z „2 dni w
Paryżu”) rozstała się ze swoim poprzednim partnerem Jackiem,
jednak owocem ich długoletniego związku jest syn, którym Marion
się zajmuje. Jednak nie wychowuje dziecka samotnie. Oczywiście
miejsce Jacka zastąpił nowy mężczyzna, tym razem czarnoskóry
Mingusem. Ona jest nadal jest fotografem, on znanym prezenterem
radiowym. Ona się denerwuje zbliżającą się wystawą własnych
zdjęć (gdzie notabene ma sprzedać także własną duszę), on
wariuje przez jej rodzinę, która koniecznie musiała przyjechać na
nadchodzący wernisaż. Do tego należy dodać postać Manu (obecnego
partnera siostry Marion, a swego czasu chłopaka samej Marion),
palenie marihuany przez nieznających się „na rzeczy” francuzów,
nimfomańskie zapędy siostry Marion i standardowe (nieco
przerysowane) napady neurozy głównej bohaterki. Wszystko okraszone
słabymi dialogami, żenującym humorem i na szczęście cudownym
ojcem Marion (ale także w życiu prywatnym Delpy). Chyba tylko
postać grana przez Alberta Delpy minimalnie ratuje film – na tyle,
że widz mimo wszystko zostaje w kinie aż do napisów końcowych.

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhAhilF-D5y79gw0wMWYehmFajLKHUJMiehgtqkNat4UesKqxgoNqVQef-2rcpICVL2DDM5qPylrmKFhyphenhyphenyKYeu8suWGVchTe_ooGYZOPIXq6izG9hpeptYH9RyM6niukFn2Mn0K5PExXNg/s1600/2+Days+in+New+York+Movie+Stills+%287%29.jpg
Panna Anna
niedziela, 1 lipca 2012
Dawno tutaj nie zaglądałam, ale starałam się przez ten czas (w tym czas sesji!) jakieś filmy oglądać. A recenzja dłuższa i bardziej konkretna będzie na dniach, bo właśnie ją piszę dla kulturalnie.waw.pl;)
Niestety przez sesję nie dane było mi oglądać filmy w kinie - jedyną opcją, która wchodziła w grę, to był film na komputerze w przerwie między nauką, nauką-pracą, pracą-pracą, bądź czymś w/w i snem. Ale liczę, że zobaczę w końcu m.ni. „Łowcę głów”:P
Po pierwsze, wreszcie zobaczyłam „Karmel”. Film co prawda nie jest tak dobry jak ”Dokąd teraz?”, ale na pewno jest niezły. Przede wszystkim powala mnie (ach ta Nadine Labaki!) kobiece ciepło płynące z tego filmu, jak również normalne przedstawienie kobiecych problemów – co ważne nie w sposób patetyczny lub dramatyczny, jak w większości filmów. Urzeka mnie też tytuł i fakt, skąd taki tytuł się wziął.
Summa summarum – ciekawe, ciepłe, akurat na letnie popołudnie. Niestety filmowi brak tego, co miało w sobie „Dokąd teraz?”, czyli brak harmonijnej równowagi wszystkich składników (tzw. „złoty środek”). Mogłabym się jeszcze przyczepić względnie małej ilości humoru, ale to nie jest akurat warunek „życia i śmierci” filmu, dla mnie było by lepiej z humorem, pewnie dla wielu jest lepiej w takiej postaci;)
Po drugie, wreszcie udało mi się zobaczyć „Przekleństwa niewinności” Sophie Coppoli (piszę „wreszcie”, bo kiedyś fragmenty filmu/cały film oglądałam, ale nie pamiętałam fabuły, więc tak jakby filmu nie widziała:P więc chciałam bardzo zobaczyć film jeszcze raz i już zapamiętać). Filmy Coppoli uwielbiam za wakacyjno-beztroskie zdjęcia. W związku z tym każdy jej film, o czym by nie opowiadał, jest już dobry. Nie widziałam jeszcze „Marii Antoniny”, ale może kiedyś się zmuszę, chociaż ze względu na reżyserkę i aktorów, bo tematyka jest wyjątkowo nie moja;)
„Przekleństwa…” mają magiczną moc, oglądając je przeniosłam się w inny świat. Było to niezwykłe przeżycie uwzględniając emocji jakie w nas wyzwala większość współczesnych filmów. Cudowna jest muzyka! To ona i zdjęcia „pod słońce” tworzą tę aurę niezwykłości, tajemniczości, wakacji. Film wydaje się nieco nijaki w sferze fabuły – nie odpowiada na żadne pytania. Nie można spojrzeć na niego, jak na film poruszający ważne tematy społeczne, na film będący głosem młodego pokolenia, przykład kina zaangażowanego etc etc. Film jest ładny i to jest jego cała siła. Dodać jednak należy, że postawienie wielu pytań i brak odpowiedzi jest ciekawym zabiegiem – czujemy się przez cały film jak chłopcy podglądający siostry, jak grupka oczarowanych siostrami Lisbon. Chłopcy również tylko obserwują, ale nie znają tych najważniejszych odpowiedzi….Dzięki temu możemy odbierać film z zupełnie innej perspektywy.
I piosenka AIR – koniecznie<3
Trzeci film (a wszystkie obejrzane w tym tygodniu), to „Dziewczyna z tatuażem” w reżyserii Davida Fischera. Czytałam książkę (choć w momencie, kiedy już nie była taka modna), nie widziałam ekranizacji skandynawskiej. Nawet tej amerykańskiej ekranizacji nie chciałam oglądać, ale w niektóre dni człowiek nie ma ochoty na Viscontiego czy Antonioniego, więc „przypadkiem” włączyłam. Film jest dla mnie czymś genialnym w swoim gatunku. Mimo, że czytałam książkę i wiedziałam, co cię wydarzy, „kto jest mordercą”, to nadal przednio się bawiłam. Akcja, świetni aktorzy, piękna Skandynawia. W filmie było wszystko i znowu (jak u Nadin) w idealnych proporcjach. Zachwyt! Film trwa ok. 3 godzin, ale nie nuży. Nie będę się rozpisywać nad konkretnymi scenami. Film rewelacyjnie zrobiony – pod KAŻDYM względem. Ma z miejsca 10/10;)
Recenzja ze „Słodkich snów” na dniach. Resztę filmów, które niedawno oglądałam też jakoś zrecenzuję w 3-4 zdaniach, bo chciałabym, żeby ten blog odżył. A jak już się uporam z dziekanatami i innymi przykładami bzdurnej administracji, to będą recenzje dłuższe – nowości lub moich najulubieńszych filmów;)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
