Do WFF-u powrócę i recenzje się pojawią. Tym czasem nowa recenzja, nowego filmu. "Kochankowie z księżyca" powinni się pojawić niedługo w kinach, więc już teraz gorąco zachęcam. A czemu film polecam, można przeczytać niżej lub na stronie www.kulturalnie.waw.pl (moja recenzja: klik!).
On – skaut-dezerter nie rozstający się ze swoją futrzaną czapką i mundurem; mistrz biwakowania, który porzuca swoją drużynę dla Niej;
Ona – milcząca i posągowa piękność, wyglądająca jak Bonnie z „Bonnie i Clyde”, zawsze z lornetką wiszącą u szyi i walizką pełną książek fantasy ukradzionych z biblioteki miejskiej;
Oni – zakochani outsiderzy, niepokorni dwunastolatkowie (!), którzy uciekają w nieznane, by móc się rozkoszować swoim nastoletnim uczuciem z dala od rodziców i opiekunów;
Rodzice … – para artystycznych prawników borykająca się z kryzysem małżeńskim (Bill Murray i Frances McDormand);
… i Opiekunowie - policjant tutejszego jednoosobowego posterunku (Bruce Willis) oraz niezdarny komendant obozu skautów (cudowny Edward Norton).
Wszystkie wspomniane przeze mnie postacie są na tyle groteskowe i interesujące (przez bycie najzwyczajniejszymi ze zwyczajnych), że film nawet bez fabuły byłby niezły. Ale jeżeli do tego wszystkiego dołożymy jakieś perypetie bohaterów, oczywiście perypetie nietuzinkowe (ale jednocześnie banalne), to film staje się coraz lepszy. Jednak ten film ma coś jeszcze. Na tym smacznym torcie, pojawia się przysłowiowa wisienka!
Wes Anderson (reżyser) w swoim filmie zawarł mnóstwo „smaczków” – zarówno słownych (niektóre dialogi należałoby spisywać), jak i wizualnych (początkowa scena, gdy miejscowy naukowiec przedstawia nam wyspę). Film tym samym jest najczystszą rozrywką - taką na najwyższym poziomie.
„Kochankowie…” nie są co prawda moim filmem życia, ani nawet roku, jednak jestem nimi prawdziwie oczarowana. Wes Anderson w swym dorobku filmowym ma m.in. „Genialny Klan”, który tak samo jak „Kochankowie…” jest filmem ciepłym, sympatycznym, trochę ironiczno-prześmiewczym oraz tak lekkim i uroczym, że grzechem byłoby go nie zobaczyć. Tym bardziej, że subtelny humor „Kochanków…” idealnie zneutralizuje naszą jesienno-zimową chandrę, która będzie nas nękać przez najbliższe miesiące.
Niestety podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego kursowałam tylko na trasach: dom – praca, praca – WFF, WFF – dom. Dzień w dzień tak samo. Tym samym mimo OGROMNYCH chęci organizm się buntował i przy każdej mojej próbie zrecenzowania festiwalowego filmu zasypiałam:)
Teraz krótkie podsumowanie, a z dnia na dzień kolejne recenzje! A jako, że w piątek wyjeżdżam znowu do Berlina, to będą nowe wpisy, nowe zdjęcia etc na moim blogu podróżniczym :p
Warszawski Festiwal Filmowy – moje odkrycia, porażki i miłe dla oka zapychacze czasu:
Dobre dla lubicieli takich tematów. Historia młodych kobiet, które niespodziewanie znikają. Okazuje się, że studentki zawiedzione okrutnym światem, głodem, biedą i niesprawiedliwością przyłączają się do terrorystycznej organizacji o nazwie „Indonezyjskie Państwo Islamskie”. „IPI” miałoby być konkurentem, lepszą alternatywą dla obecnej Indonezji. Film ma trochę niedomówień i parę scen od których wieje lekkim niepokojem, dzięki czemu można ten film trochę „poczuć”. Mimo wszystko produkcja wydaje się nieco płytka i powierzchowna, ponieważ pokazuje tylko to, że organizacje a la sekty mogą przyciągać młodych zagubionych idealistów. Temat ciekawy, realizacja słaba.
Film jest szwedzki i już z tego powodu warto na niego pójść:p Kino skandynawskie jest wyjątkowo bliskie memu sercu, jednak ten film miał w sobie dodatkowe „coś”. Tym czymś jest tematyka i przedstawienie pewnego problemu, niezbyt chętnie i niezbyt często poruszanego w filmach z północy.
„Jedź, śpij, umieraj” opowiada historię dziewczyny pochodzącej z Bałkanów, jednak wychowaną od najmłodszy lat w Szwecji. Niby jest obca, niby jest imigrantką, ale z drugiej strony jest prawdziwą Szwedką. Czy jednak jest tak traktowana przez wszystkich? Dziewczyna mieszka z chorym ojcem, w związku z czym to ona zarabia. Co by się stało gdyby straciła pracę?
Mimo, że widzimy raczej przykry obrazek biedy, brzydoty i problemów, to film ma w sobie pewne ciepło, może trochę dziewczęcej naiwności, a na pewno ma w sobie energię, humor i pozytywne nastawienie. Jak banalnie by to nie zabrzmiało, naprawdę ten film jest piękny przez swoją brzydotę.
Film mi się podobał, ale nie jest to mój festiwalowy faworyt:P
3. „Tam gdzie płonie ogień” (Where The Fire Burns, reż. Ismail Güneş, Turcja 2012)
Malowniczy i bardzo poetycki film, przedstawiający problem zabójstw honorowych w wyjątkowy sposób, bo przez pryzmat relacji ojciec – córka. Podczas podróży bohaterów (tak, tak! Mamy do czynienia z filmem drogi!) widzimy jak ojciec męczy się z powinnością zabicia się swojej nastoletniej córki. Drobne zdania i gesty pokazują, że bohaterów łączy szczególna więź, której nie należałoby niszczyć z powodu okrutnej tradycji.
Film dostaje ogromnego plusa za obrazy i muzykę. Miłe dla oka, serca i umysłu, ale nie zmieni to naszego życia, nie oświeci, nie uwrażliwi, nie poruszy. Film, który można z ciekawości zobaczyć raz w życiu i więcej do niego nie wracać.
A! I pięknie
się kończy!
Dwóch kuzynów spotyka się po latach, by razem pojechać na pogrzebu dziadka. Między bohaterami była kiedyś wielka przyjaźń, jednak z biegiem lat kuzyni wybrali skrajnie różne drogi. W momencie, kiedy dojeżdżają do Villegas, czyli do rodzinnego miasteczka, gdzie rodzinny pogrzeb ma miejsce, na dwie doby zapominają o swoim „normalnym” życiu. Potrafią się zachowywać inaczej, ale w tak naturalny sposób, że możemy założyć, że kiedyś tak wyglądało ich życie, a przeprowadzka do Buenos Aires zmieniła ich nie do poznania. Summa summarum wracają z pogrzebu bardziej wyluzowani, uśmiechnięci, bardziej szczerzy. Wracają jakby oczyszczeni. Widać tym samym piękną przemianę!
Film ma cudowny stary utwór Marleny Dietrich „Where Have All The Flowers Gone?”. Od razu dodam, że utwór ten jest dodatkiem do dość ciekawej sceny w filmie:P
No i mówią po hiszpańsku! Pewnie niektórych już sam fakt przystojnych Argentyńczyków i języka hiszpańskiego przyciągnie do kina. Jednak film nie powala na kolana. Jest niezły, ale na DVD bym nie kupiła.
5. „Daleko nie jest wystarczająco daleko” (Far Out isn’t far enough: The Tomi Ungerer Story, reż. Brad Bernstein, USA 2012)
Jeden z moich festiwalowych faworytów. Świetny film, świetny bohater, świetna historia. Złoty środek, humor, dramat, dziwne historie i wybitny artysta. Film absolutnie cudowny. Powinien być wzorcowym przykładem filmu dokumentalnego o mało znanym artyście. Mimo, że główna postać nie była mi znana, to nie dość, że filmem jestem zachwycona, to dodatkowo po seansie doczytałam dość dużo o bohaterze;)
Napiszę nieco więcej o tym filmie i wrzucę info o bohaterze filmu w oddzielnej notce:P
Film na tyle mi się podobał, że będzie solidny tekst już niedługo.
Na koniec dodam,
że to tylko 5 filmów, a w sumie zobaczyłąm ich 18,
więc jeszcze posty dwa się pojawią o samym WFF-ie:P
Jak co roku na ekranach zagościł nowy film Woody Allena. Tym razem oczami Allena widzimy Rzym, czyli kolejne europejskie miasto, które postarało się o uwiecznienie na klatkach Tego reżysera. Kwestię miejsca akcji filmu, możemy śmiało zostawić obok – niewiele wnosi do rozmowy, a co najwyżej może niektórym podnieść ciśnienie…
Allen tym razem oparł swój pomysł na 4 przeplatających się historiach. Mamy historię zwykłego Rzymianina, który staje się niespodziewanie celebrytą, przygody włoskiego młodego małżeństwa z prowincji, wspomnienia z młodzieńczych lat podstarzałego amerykańskiego architekta i romantyczną historię zakochanych młodych. Wszystkie opowiastki mają w sobie „coś”. Wszystkie bronią się grą aktorską, wszystkie są zabawne i ciekawe. Problem polega na tym, że tego jest za mało. W poprzednich filmach było owych rzeczy i więcej, i w większym natężeniu. Jednak jeżeli ktoś jest fanem Allena – musi zobaczyć, a jak ktoś chce zostać fanem Allena, to powinien zobaczyć. Jeżeli to ci się spodobało, to pokochasz stare filmy neorotycznego okularnika. Jeżeli ten film ci się nie spodobał, to jest duża szansa, że stare ci się spodobają. Jakby nie patrzeć film jest na ekranach, nazwisko Allena znowu się pojawia częściej w rozmowach. A tak naprawdę i tak ten film ani nie zaszkodzi, ani ni pomoże Allenowi w karierze. Co najwyżej będzie reklamą nazwiska i starych filmów.
Allen, niegdyś mistrz bezpruderyjnego humoru i ironicznej riposty, zamienił się w zdziadziałego odtwórcę. To co go ratuje, to fakt, że odtwarza swoje własne pomysły – tyle, że sprzed kilkunastu lat. Świeże i intrygujące historie zamieniły się w odgrzewany obiad. Obiad pyszny, ale odgrzewany zawsze jest gorszy. W filmie pojawia się komentarz nt. bohatera granego przez Allena : „emerytura to dla niego śmierć”. Tak samo jak z Jerrym (granym przez Allena), tak i z samym Allenem się dzieje. Emerytura oznacza śmierć, oznacza koniec. A nuż lepiej jest stworzyć coś słabego, wbrew opinii krytyków i widzów, a z czystego egoizmu – by poczuć, że się żyje.
Dawno nie pisałam, bo więcej energii poświęcam mojemu blogowi podróżniczemu klik!, do tego wakacje (urlop/ zdwojona praca przed i po urlopie:P) ...ale w przeciągu najbliższego miesiąca powinno się tutaj coraz więcej rzeczy pojawić:)
Kochamy Julie Delpy za jej dziewczęcy
urok, figlarne spojrzenie i neurotyczny słowotok, w który wpadają
bohaterki przez nią grane. „Przed wschodem słońca” i „Przed
zachodem słońca” (w drugim filmie Delpy nie tylko grała, ale
również współtworzyła scenariusz!) należą do moich ulubionych
filmów – mimo że są ckliwe, to są tak romantycznie szczere, że
nie potrafię nie oglądać ich przez okres dłuższy niż pół
roku. Wcześniej widzieliśmy ją m.in. w „Trzech kolorach”
Kieślowskiego. Wydawałoby się, że kariera Julie będzie kwitnąca,
zwłaszcza po tym jak już zakończyła przedsięwzięcia w stylu
epizodycznej roli w „Ostrym dyżurze”.
„2 dni w Paryżu” były naprawdę
udane. Delpy napisał scenariusz, wyreżyserowała, zagrała główną
rolę i wybrała świetną muzykę. Film był dobry, bo przede
wszystkim był świeży. „Inne” poczucie humoru, „inne”
ujęcie niektórych spraw (damsko-męskich, amerykańsko –
francuskich etc.), „inna” tematyka. Film jakiego nie było!
Komedia, ale gorzko-ironiczna. Dzieło na pograniczu kina
europejskiego i amerykańskiego. Cud, miód, malina.
Po debiucie reżyserskim przyszedł
czas na kolejny film, który nie broni się już tak dobrze, jak
poprzednik. „2 dni w Nowym Jorku” można byłoby określić
jednym zdaniem: Delpy miała na stworzenie filmu 3 miesiące,
miesiące bez weny twórczej, a z podpisanymi już kontraktami. Film
nie bawi (przynajmniej mnie), ponieważ dialogi (na pozór śmieszne)
są sztampowe. Brak polotu widzimy w najprostszych scenach. Film się
dłuży i męczy. Przytłacza nudą, przewidywalnością i (o
zgrozo!) również pretensjonalnością – motyw „duszy”.
Fabuła (o której zaraz w skrócie
napiszę) nie jest zła, ale film jako całość jest miałki i
wybrakowany. Pragnę jeszcze dodać, że boli mnie ten film w głębi
duszy - w sposób niewyobrażalny. Uwielbiam Delpy jako aktorkę,
jako scenarzystkę, jako reżyserkę. „2 dni w Paryżu” znam
niemalże na pamięć. Tym samym zawód jaki mnie spotkał w kinie
jest nie do opisania. Może to wypalenie zawodowe Delpy? Tylko po co
robić film, jeżeli nie mamy na niego pomysłu?
Marion (główna bohaterka z „2 dni w
Paryżu”) rozstała się ze swoim poprzednim partnerem Jackiem,
jednak owocem ich długoletniego związku jest syn, którym Marion
się zajmuje. Jednak nie wychowuje dziecka samotnie. Oczywiście
miejsce Jacka zastąpił nowy mężczyzna, tym razem czarnoskóry
Mingusem. Ona jest nadal jest fotografem, on znanym prezenterem
radiowym. Ona się denerwuje zbliżającą się wystawą własnych
zdjęć (gdzie notabene ma sprzedać także własną duszę), on
wariuje przez jej rodzinę, która koniecznie musiała przyjechać na
nadchodzący wernisaż. Do tego należy dodać postać Manu (obecnego
partnera siostry Marion, a swego czasu chłopaka samej Marion),
palenie marihuany przez nieznających się „na rzeczy” francuzów,
nimfomańskie zapędy siostry Marion i standardowe (nieco
przerysowane) napady neurozy głównej bohaterki. Wszystko okraszone
słabymi dialogami, żenującym humorem i na szczęście cudownym
ojcem Marion (ale także w życiu prywatnym Delpy). Chyba tylko
postać grana przez Alberta Delpy minimalnie ratuje film – na tyle,
że widz mimo wszystko zostaje w kinie aż do napisów końcowych.
Dawno tutaj nie zaglądałam, ale starałam się przez ten czas (w tym czas sesji!) jakieś filmy oglądać. A recenzja dłuższa i bardziej konkretna będzie na dniach, bo właśnie ją piszę dla kulturalnie.waw.pl;)
Niestety przez sesję nie dane było mi oglądać filmy w kinie - jedyną opcją, która wchodziła w grę, to był film na komputerze w przerwie między nauką, nauką-pracą, pracą-pracą, bądź czymś w/w i snem. Ale liczę, że zobaczę w końcu m.ni. „Łowcę głów”:P
Po pierwsze, wreszcie zobaczyłam „Karmel”. Film co prawda nie jest tak dobry jak ”Dokąd teraz?”, ale na pewno jest niezły. Przede wszystkim powala mnie (ach ta Nadine Labaki!) kobiece ciepło płynące z tego filmu, jak również normalne przedstawienie kobiecych problemów – co ważne nie w sposób patetyczny lub dramatyczny, jak w większości filmów. Urzeka mnie też tytuł i fakt, skąd taki tytuł się wziął.
Summa summarum – ciekawe, ciepłe, akurat na letnie popołudnie. Niestety filmowi brak tego, co miało w sobie „Dokąd teraz?”, czyli brak harmonijnej równowagi wszystkich składników (tzw. „złoty środek”). Mogłabym się jeszcze przyczepić względnie małej ilości humoru, ale to nie jest akurat warunek „życia i śmierci” filmu, dla mnie było by lepiej z humorem, pewnie dla wielu jest lepiej w takiej postaci;)
Po drugie, wreszcie udało mi się zobaczyć „Przekleństwa niewinności” Sophie Coppoli (piszę „wreszcie”, bo kiedyś fragmenty filmu/cały film oglądałam, ale nie pamiętałam fabuły, więc tak jakby filmu nie widziała:P więc chciałam bardzo zobaczyć film jeszcze raz i już zapamiętać). Filmy Coppoli uwielbiam za wakacyjno-beztroskie zdjęcia. W związku z tym każdy jej film, o czym by nie opowiadał, jest już dobry. Nie widziałam jeszcze „Marii Antoniny”, ale może kiedyś się zmuszę, chociaż ze względu na reżyserkę i aktorów, bo tematyka jest wyjątkowo nie moja;)
„Przekleństwa…” mają magiczną moc, oglądając je przeniosłam się w inny świat. Było to niezwykłe przeżycie uwzględniając emocji jakie w nas wyzwala większość współczesnych filmów. Cudowna jest muzyka! To ona i zdjęcia „pod słońce” tworzą tę aurę niezwykłości, tajemniczości, wakacji. Film wydaje się nieco nijaki w sferze fabuły – nie odpowiada na żadne pytania. Nie można spojrzeć na niego, jak na film poruszający ważne tematy społeczne, na film będący głosem młodego pokolenia, przykład kina zaangażowanego etc etc. Film jest ładny i to jest jego cała siła. Dodać jednak należy, że postawienie wielu pytań i brak odpowiedzi jest ciekawym zabiegiem – czujemy się przez cały film jak chłopcy podglądający siostry, jak grupka oczarowanych siostrami Lisbon. Chłopcy również tylko obserwują, ale nie znają tych najważniejszych odpowiedzi….Dzięki temu możemy odbierać film z zupełnie innej perspektywy.
I piosenka AIR – koniecznie<3
Trzeci film (a wszystkie obejrzane w tym tygodniu), to „Dziewczyna z tatuażem” w reżyserii Davida Fischera. Czytałam książkę (choć w momencie, kiedy już nie była taka modna), nie widziałam ekranizacji skandynawskiej. Nawet tej amerykańskiej ekranizacji nie chciałam oglądać, ale w niektóre dni człowiek nie ma ochoty na Viscontiego czy Antonioniego, więc „przypadkiem” włączyłam. Film jest dla mnie czymś genialnym w swoim gatunku. Mimo, że czytałam książkę i wiedziałam, co cię wydarzy, „kto jest mordercą”, to nadal przednio się bawiłam. Akcja, świetni aktorzy, piękna Skandynawia. W filmie było wszystko i znowu (jak u Nadin) w idealnych proporcjach. Zachwyt! Film trwa ok. 3 godzin, ale nie nuży. Nie będę się rozpisywać nad konkretnymi scenami. Film rewelacyjnie zrobiony – pod KAŻDYM względem. Ma z miejsca 10/10;)
Recenzja ze „Słodkich snów” na dniach. Resztę filmów, które niedawno oglądałam też jakoś zrecenzuję w 3-4 zdaniach, bo chciałabym, żeby ten blog odżył. A jak już się uporam z dziekanatami i innymi przykładami bzdurnej administracji, to będą recenzje dłuższe – nowości lub moich najulubieńszych filmów;)